Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Hartman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Hartman. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2013

Hartman, jako postmodernistyczny Hammurabi

Prof. Jan Hartman sformułował Kodeks Etyczny Polityka. Zrobił to na użytek swojego ugrupowania Europa Plus. Z racji swego zawodu, wiedzy, przedstawił nam pewną normę moralną, która poddana intelektualnemu oglądowi winna być/ może być wzorcem stosowanym do praktyki życia publicznego.

Przeczytałem Kodeks i wyszło mi, że są to Postulaty, zwłaszcza, że ułożyły się w tradycję 21. punktów.

Czym zatem jest ów Kodeks? Znowu mi wyszło, iż Hartman o takim, a nie innym światopoglądzie metafizycznym, podał nam Kodeks Hammurabiego na czasy postmodernistyczne.

Tam było "oko za oko, ząb za ząb", a Hartman mając świadomość, iż nie wszyscy muszą mieć zęby, a na przykład implanty, albo szczęki, poszukał rozwiązania "nie czyń w polityce tego, co innemu politykowi niemiłe". Najsłabszym punktem postulatów (przepraszam: kodeksu) uważam zakończeniem 5-tego: polityk "nie powinien (...) ani deprecjonować zawodu polityka".

Czyżbyśmy mieli do czynienia z korporacją polityków? Dobrze, że w podpunkcie nie padło sformułowanie iście socjalistyczno-katolickie: polityk politykowi równy. Było blisko, narracja intelektu Hartmana wyhamowała.

Należy jednak docenić przedsięwzięcie Hartmana, które jest pierwszym tak całościowym zbiorem etycznych postulatów w stosunku do polityków, którym przyszło działać w sferze publicznej w Polsce po 1989 roku. Jest sejmowa komisja etyki poselskiej, ale nie wiemy do dzisiaj, jakimi ona kieruje się wytycznymi etycznymi. Bo moralnością - rzadko.

Po przeczytaniu postulatów Hartmana większość jego czytelników dojdzie do refleksyjnego pytania: dlaczego niemal wszyscy polscy politycy nie stosują tych rozsądnych postulatów etycznych?

Mam odpowiedź. Hartman jest Hammurabim postmodernistycznym, a nasi politycy stosują zupełnie inny kodeks, mianowicie kodeks Machiavellego postmodernistycznego. Capisco?

czwartek, 16 maja 2013

Jan Hartman jako wata cukrowa


Lubię Jana Hartmana, ale się z nim nie zgadzam, że nie można zreformować szkół i uczelni. Można, lecz nie robi się tego za zamachem jednego artykułu, bo dotychczasowe doświadczenia autora "w reformowaniu" zdołowały.

Nie zamyka się słabych uczelni, jak nie likwiduje słabych państw. Obok Harvardu istnieć musi uniwersytet stanowy, obok dobrej prywatnej szkoły średniej taka sama placówka publiczna.

Absolwent dobrej wyższej szkoły zawsze znajdzie pracę, a magister po marnej uczelni może założyć bloga i narzekać, że należy do straconego pokolenia.

Podkreślę - lubię Hartmana, idąc jego tropem psycho-mentalnym, mógłbym zakwestionować jego prawo do takiego postawienia sprawy: uczelnie są do luftu, wykładowcy i odbiorcy ich wiedzy.

Wcześniej skonstruować metaforę z jego osiągnięć profesorskich i publikacji. Przywalić Derridą. Francuza skonfrontować z Habermasem, w tym szczękach francusko-niemieckich dostrzec zmielonego Hartmana, polskiego nauczyciela akademickiego.

Mógłbym. Opowiem jednak niewielką historyjkę. Mój przyjaciel dziennikarz posłał swoją córkę na medycynę na Uniwersytet w Monachium. A dziewczyna do tego przejawia talenty literackie. Już na pierwszym roku studiów miała wykłady z 6. noblistami.

Koniec historyjki. Oczywiście w Polsce nie mamy noblistów, do Monachium też nie przyjeżdżali tylko Niemcy. Polskie uczelnie mogą zaprosić na wykłady noblistę i wydrenować się do imentu. Mogą, ale nie robią, wybierają Hartmana, który wyłoży o marności polskich uczelni, złapie jeszcze ze dwie fuchy, napisze artykuł o takiej samej wymowie, o której wspominam.

Derrida czytał klasycznych martwych Greków i wydobywał z nich takie treści, że u Jankesów był najlepiej płatnym nauczycielem uniwersyteckim. Habermas nie ogląda się na wady demokracji, chce jej jak najwięcej niezależnie od tego, jaki wynik przyniosą procedury.

Z tych szczęk derrido-habermasowskich wychyla się łeb polskiego nauczyciela akademickiego i mówi, jak Stefan Jaracz w "Nocy Listopadowej": polskie uczelnie są do dupy.

Może dlatego Hartman proponuje ucieczkę w PRL, która kojarzy się mu z młodością. Dla mnie dzieciństwo w PRL to cukrowa wata. Z tym kojarzy mi się teraz Hartman. Lubiłem cukrową watę, lubię Hartmana.

sobota, 13 kwietnia 2013

Kwaśniewskiego mineralna z zakąską



Kwietniowe przesilenie dotyka wszystkich. Dziura ozonowa jest faktem naukowym, a nie spekulacją. Dlatego efekt cieplarniany wprowadza w sferach życia publicznego powszechną kołowaciznę (tak Niemcy pisali o Stanisławie Przybyszewskim, gdy ten podbijał tamten modernistyczny rynek).

Kołowacizna dotknęła Antoniego Macierewicza z tematem trzech żywych trupów, Donalda Tuska z nigeryjską amebą, no i wreszcie u Aleksandra Kwaśniewskiego nastąpił nawrót choroby filipińskiej.

Można rzec: politycy też ludzie. Kość z kości, krew z krwi elektoratu, a że wszyscy jesteśmy Polacy, więc politycy z naszej kości, naszej krwi, naszej mentalności. Więcej mógłby na ten temat powiedzieć Jan Hartman (prof.), który przed wystąpieniem zewnętrznych objawów choroby u Kwaśniewskiego, przez dwie godziny pił z byłym prezydentem wodę mineralną. Przekonywał o tym w TVN24.

Hartman jednak jest od filozofii, ale nie od chemii. Z tego powodu może nie wiedzieć, że mineralna w tak długim czasie gorącej rozmowy, dyskursu, mogła ulec przemianom chemicznym, zwłaszcza, że nie powiedział, czym tę mineralną zakąszali. A może drożdżami.

I co? Wyszedł Kwaśniewski z rozmowy filozoficznej na chwiejnych nogach dialektyki. Układ Kwaśniewski - Hartman można porównać do Sokrates - Platon, a ten pierwszy za kołnierz nie wylewał, zwłaszcza że w towarzystwie lubił sobie pogadać przy "mineralnej".

Rok 2013 może być feralnym nie tylko z powodu przesądów, lecz przede wszystkim fatum dla Polaków, że takich mają polityków krew z krwi, mineralna z zakąską.