Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legnica. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 września 2013

Jacek Głomb z małej Moskwy podpadł patriotom z "Rzeczpospolitej"

Jacek Głomb, dyrektor teatru w Legnicy, przekuwa lokalną historię w lokalny patriotyzm, napotykając rzecz jasna na opory miejscowej i centralnej skamieliny. Jest artystą pełną gębą, co to się nie boi opowiadać o miejscowej historii, sięgając do źródeł lokalnych i naturszczyków, którzy te źródła kształtowali. Taka była jego "Ballada o Zakaczawiu", sztuka opowiadająca o legnickiej dzielnicy, rzecz teatralna dotykała historii ludzi tam żyjących, często bardzo bolesnych, ale w gruncie rzeczy codziennych, zwykłych. Takich, jak w życiu.

Legnica to specyficzne miasto. Stacjonowały tam wojska sowieckie/radzieckie. Wpisały się w historię miasta, ale przede wszystkim wpisały się w ludzi, dobrze i źle. Zwyczajni ludzie nie mieli wyboru, a często zwyczajni ludzie w innych zwyczajnych ludziach dostrzegali ludzką niezwyczajność.

Ponad ludźmi przebiega polityka. Ponad. Bo ludzie chcą żyć dla siebie, z sobą i między sobą. Wojska sowieckie w Legnicy były widoczne, w czasie PRL-u drażniły swoją obecnością, swoją obcością. Ale chciałeś, czy nie - z tym się oswajałaś, choć nie godziłeś.

Ten czas jest za nami, ten czas jest w historii odhaczony. W Legnicy zostali ludzie, zostały w nich sentymenty, ich sentymenty. Jedną z takich historii opowiedział Waldemar Krzystek w sentymentalnym (ale pięknym) filmie "Mała Moskwa". To właśnie Legnica jest tą małą Moskwą, gdzie zdarzyła się miłość (uczucie nad wyraz ludzkie) między Polakiem a Rosjanką.

Takie rzeczy miały miejsce w Legnicy. Ludzkie, dlatego wielkie. W tej małej Moskwie reżyser hitu teatralnego i dyrektor teatru Głomb zorganizował biesiadę z okazji 20. rocznicy wyjścia wojsk sowieckich z Legnicy.

Przeszło dwadzieścia lat temu jeździłem do Legnicy, aby manifestować, aby te wojska wyszły, bo taka była wówczas polityczna i patriotyczna (choć ten patriotyzm został zdeptany przez dzisiejszych tzw. patriotów) potrzeba. Parafowali to Wałęsa z Jelcynem, aby okupanci wyszli - i sołdatów pożegnaliśmy.

Po nich została historia - w podręcznikach i w ludziach - kilka z nich opowiedziałem nawet  w reportażach tv. Było, minęło. To już nie polityka, to zdrapka sentymentu w ludzkich uczuciach.

Jacek Głomb, który w Legnicy robi za wieszcza i to z dużej litery, z okazji 20. rocznicy wyjścia ostatnich sowieckich oddziałów, urządził biesiadę przy piwie i śledziu, a za stołami zasiedli - kolejność podaję za "Rzeczpospolitą" - Rosjanie, Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, Polacy.

Ten dziennik tę biesiadę tytułuje " Pojednanie przed rozliczeniem". Nie będę wymieniał nazwiska dziennikarza tego artykułu. Gdyby ów jednak wiedział, że pojednanie z sobą zawsze odbywamy się przed rozliczeniem z wrogiem, nie napisałby tego materiału, a zacząłby studiować psychologię na dobrym uniwersytecie.

Tak w Polakach ich sentyment do siebie, do swoich historii próbuje się przekuć w resentyment (w tym wypadku: w nienawiść). Bo dla tego "dziennikarza" - niezbędny jest cudzysłów - ważne jest, iż zaprotestowali przeciw temu "pojednaniu przed rozliczeniem" młodzieńcy z Młodzieży Wszechpolskiej.

Ta młodzież wszechpolska, polska, wielkopolska, pisowska i inna, w Poznaniu na Cytadeli "patriotycznie" oblała czerwoną farbą pomniki na cmentarzu żołnierzy radzieckich. A pod tablicą marszałka Czujkowa napisała "Śmierć komuchą".

Taki to patriotyzm, taki to artykuł w "Rzeczpospolitej". Takie to prawicowe widzenie rzeczywistości, z którą się godzimy. Z ubogością, prostactwem, nienawiścią. Przed nimi trzeba bronić bogactwa w nas i bogactwa Polski, tak jak języka polskiego i jego zawartości, który w artykule Rzeczpospolitej kompromituje autora. To jemu podobni napisali "śmierć komuchą", bo najwidoczniej od jakiegoś patriotycznego polityka dostali w "potylicę obuchę".

czwartek, 20 grudnia 2012

Czy Polska odzyska to, co Kościól nabył korupcją?


Każdy urzędnik państwowy jest skorumpowany. Funkcja, którą pełni, predysponuje go do tego. Nie reprezentuje siebie, a jakieś ciało bliżej nieokreślone. Bo czym jest państwo, miasto, mienie społeczne? Ładną ideą, która zrymowana z inna ideą (np. patriotyzmem), tak świetnie brzmi, że urzędnik staje na baczność i  żąda w korupcji swej więcej.

W latach 90., gdy państwo polskie zmieniało ustrój, obowiązywała taryfa, acz nie była ona wszędzie taka sama. Zależna od bogactwa regionów i kieszeni tego, który musiał korumpować. Patriotów uspakajam: dążenia J. Kaczyńskiego do własnych mediów skończyło się bankructwem "Expressu Wieczornego", którego wartość rynkowa była kilku- , a może kilkunastokrotnie większa, niż dzisiaj "Gazety Polskiej" - więcej na ten temat wie np. Andrzej Urbański, który - jak zdążyłem zauważyć - wraca do gry. Prezes PiS (wówczas PC) złotej kurze ukręcił łeb.

Urzędnik nie ma barw ideowych, ma barwy własne: kieszeń. Jej rozmiary: szerokość, długość, głębokość. Można to nazwać fizyką korupcji. Im wyżej urzędnik umocowany, tym ta kieszeń prawom fizycznym była bardziej podległa. Ba, nauki ścisłe były nieubłagane.

I tak zdarzyło się z Kościołem, a dokładnie z Komisją Majątkową, która pośredniczyła między bytem bliżej nieokreślonym (państwem) a urzędnikami Pana Boga, czyli hierarchami Kościoła. Jeżeli dają, trzeba brać. Ta zasada moralna kieruje wszystkimi, bogobojnymi i tymi, którzy charakteru nadprzyrodzonego nie widzą w naturze. Tak rozparcelowano świeckie media, gazety, w tym ten już osławiony "EW".

W podobny sposób dobrał się do fizyki Kościół, ale jako że ma tradycję 2 tys. lat, nie była to opaczność takiego Kaczyńskiego, który ma o biznesie pojęcie, jak bezpieczeństwo i stan jego konta. Pieniądze nie wynosi się w walizce (Maciej Zalewski z PC - zaliczył kilkuletnie oglądanie słoneczka PiS zza krat), a zupełnie w innych ingrediencjach wartości. I przede wszystkim trzeba być szczodrym dla innych, aby stać się bogatszym. Zasada stara, jak świat.

A Kościół od 2 tys. lat przerabia obecność na tym Padole Łez i w takiej Polsce ma się całkiem dobrze. Kościół przerabia swoją tradycję wszędzie (nawet niektórzy politycy twierdzą, że tradycja polska jest tożsama z tradycją Kościoła), w tej chwili oko Michała Boniego - ministra MAiC - (świetnie się zna z Andrzejem Urbańskim) padło na diecezję legnicką.

I co? Zamiast 15 hektarów, które w sprawiedliwej arbitralności parafie miały otrzymać od szczodrobliwej państwa polskiego, dostały dużo, dużo więcej. Wartość ta w samej diecezji legnickiej wynosi 30 mln zł. Wartość inkaso, a nie rynkowa - na to zwracam uwagę, gdyż doświadczenie 2 tys. lat podpowiedziało hierarchom, aby zbyć owo "dużo, dużo więcej" na pniu. Urzędnicy z Komisji Majątkowej już siedzą i świat oglądają zza krat, ale jest problem z odzyskaniem tego, co Kościół w swej 2. tys. tradycji uzyskiwał za friko.

Podobno rząd i minister Boni są zdeterminowani, aby odzyskać dla państwa polskiego straty. Nie wierzę, aby im to się udało, zwłaszcza, że siły patriotyczne nie działają na korzyść Polski, a tradycji 2 tys. lat korupcji.