Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Gliński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Gliński. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 sierpnia 2013

Kaczyński w wyborach prezydenckich może liczyć na bankową porażkę



Jarosław Kaczyński ma kłopot. Nie ma kogo wystawić w wyborach prezydenckich. Pozostaje mu jedno - samemu w nich wystartować.

Jakiś czas temu prezes PiS zasugerował, iż kandydatem jego będzie Piotr Gliński (prof.), ale podobno w badaniach pracowni Millward Brown ten może liczyć tylko na 4%. Rozpoznawalność żadna. Gliński nie wypromował się przez Alternatywy, ani nawet przez tablet, gdy prezes na trybunie sejmowej dał głos swemu kandydatowi na parapremiera rządu technicznego.

Ta sytuacja nie powinna zanadto dziwić, Kaczyński nikomu już nie pozwoli, aby był twarzą PiS, a kimś takim mógł być Gliński. Parapremier był spychany na drugi plan przez Kaczyńskiego, a nawet gdyby nieopatrznie był bardziej rozpoznawalny, prezes wszystko by zrobił, aby go skompromitować.

Zresztą prędzej, czy później, Gliński urwałby się z łańcucha Kaczyńskiego, gdyż ani nie wierzy w Smoleńsk, ani nie wyznaje populistycznych wartości pisowskich.

Kaczyński zatem musi się szykować na kolejną porażkę, bo z Bronisławem Komorowskim tylko to go czeka.

Do takich informacji dotarł dziennikarz  "Newsweeka" Michał Krzymowski:
Plan ze startem Glińskiego stoi jednak pod dużym znakiem zapytania. – Jeśli Solidarna Polska dostanie się do europarlamentu, to Gliński nie będzie mógł kandydować – stwierdził niedawno prezes PiS w jednej z prywatnych rozmów. - To logiczne. Jeśli Solidarna Polska prześlizgnie się przez wybory europejskie, to Ziobro pozostanie w grze i będzie kandydować na prezydenta. A Gliński jako były członek Unii Wolności i aktywista ruchów ekologicznych miałby z nim poważny problem. Szczególnie wśród słuchaczy Radia Maryja i wyborców skrajnie prawicowych - mówi polityk, który uczestniczył w tej rozmowie.

Ta sama pracownia Millward Brown przeprowadziła badania, jak dzisiaj wyglądałyby wybory prezydenckie. Dla PiS wyglądają jak katastrofa: Bronisław Komorowski – 50 proc., Zbigniew Ziobro – 11 proc., Janusz Palikot – 6 proc.., Leszek Miller – 5 proc., Janusz Korwin Mikke – 5 proc., Piotr Gliński – 4 proc. i Janusz Piechociński – 3 procent.

Jeden z polityków PiS miał powiedzieć:
 Prezes nie powiedział tego wprost, ale zrozumiałem, że, jeśli zawczasu nie zabijemy Solidarnej Polski, to nie będzie miał wyjścia i sam będzie musiał stanąć do tych wyborów.

Z niecierpliwością czekam na kolejne porażki Kaczyńskiego. Cieszą one, jak mało co w polskiej polityce.

sobota, 6 lipca 2013

Kaczyński zapowiada dokument, który przejdzie do historii Polski


Prof. Piotr Gliński w wirtualnej hierarchii Jarosława Kaczyńskiego awansuje coraz wyżej. Z parapremiera rządu technicznego do czasu objęcia rządów przez prezesa awansował na paraprezydenta Warszawy ("po drodze mogą być na przykład wybory w Warszawie"), a gdy zaliczy tę drogę - to kto wie - Gliński zaliczy paraprezydenta RP.

Układa się to w podobną karierę do Lecha Kaczyńskiego, na końcu Glińskiego czeka awans na parabrata, parabliźniaka. Taką alternatywę ma dla Polski prezes PiS. Przedrostek para- do czasu aż Kaczyński obejmie wszystkie funkcje naraz, gdyż w PiS jest człowiekiem nie do zastąpienia.

Zanim do tych wszystkich alternatyw-aktów z paraGlińskim dojdzie, przed końcem roku zapoznamy się z dokumentem, "który przejdzie do polskiej historii". Można się spodziewać - znając język prezesa - iż ten dokument to coś w rodzaju aktu chrztu Polski i wcale nie zdziwię się, że przybierze formę Dagome iudex, koniecznie z przedrostkiem para.

IV RP już mieliśmy, coś jak czasy Piasta Kołodzieja, Ziemowita, a czekają nas historycznie przemiany, które przejdą do historii. Albo Mieszka I - znając jednak rozmach Kaczyńskiego - można oczekiwać, że prezes PiS zmierzy się z historyczną wielkością Bolesława Chrobrego. Fajnie to nawet brzmi: Jarosław Chrobry.

Hola, hola, czy Lech nie był Chrobrym? No to Jarosławowi pozostaje Krzywousty. Czekają nas wielkie czasy, zanim jednak nastąpią, zapoznamy się z Dagome iudex PiS, który "przejdzie po polskiej historii".

czwartek, 7 marca 2013

Pieta: Gliński na rękach Kaczyńskiego




Gdyby nie piarowcy Kaczyńskiego, prezes PiS byłby nudnym politykiem. To, że wyskoczy z jakąś "zbrodnią niesłychaną" jest ledwie przechodzonym nudnym nadużyciem, tak naprawdę wzrusza tylko emocje, rozum sobie śpi. Jarosław Kaczyński samodzielny jest nie do strawienia, nietwórczy, próżny i tromtadracki w prezentowaniu dewocjonaliów endeckich.

Ale PiS ma PR lepszy niż rządząca PO, tym razem tablet w rękach prezesa poruszył przynajmniej internautów i wyzwolił eksplozję mniej i więcej dowcipnych memów. Wizerunek Piotra Glińskiego w rękach prezesa to nieoczekiwanie nowoczesna alegoria. Tak pojmuje Kaczyński politykę i tym dla niego jest profesor socjologii, który dał się wkręcić w farsę.

Promocja Glińskiego trwała pół roku, wcześniej nikomu nie znany, dzisiaj Polacy mają o nim jakąś wiedzę. Zdaje się jednak, że ocena przez rodaków postaci Glińskiego nie za bardzo by mu się podobała, gdyby ją konfrontował, a nie poruszał wśród klakierów PiS.

Coraz bardziej przekonuję się, iż PiS i prezesowi władza w najbliższym czasie nie grozi. Donald Tusk musiałby poważnie się pośliznąć w rządzeniu, aby zostało mu ono odebrane. Ale w PO są wmontowane bezpieczniki, które w razie czego amortyzują skutki, to właśnie prawe skrzydło tej partii (Gowin i spółka) oraz lewica, która nie daje sobie rady na scenie politycznej, ale to ona byłaby beneficjentem wpadki Tuska.

PiS pod prezesem Kaczyńskim żyje w nierzeczywistości, na którą od czasu do czasu dadzą się nabrać ci, których Tusk zawiódł. Tak jest z Glińskim, tak będzie z następnymi. Kaczyński z tabletem w rękach na długo pozostanie alegorią niewiarygodności, bo on coś takiego nie potrafi obsługiwać, jak i nie potrafi posłużyć się kontem w banku. To jest tylko drobnostka jego życia prywatnego, Kaczyński nie pojmuje nowoczesnej polityki, czego daje przykład na każdym kroku.

Mógłby posłuchać przebywającego w Polsce Viktora Orbana i skupić się na zakładaniu własnych mediów. Przynajmniej będzie premierem dla tych, którzy go chcą słuchać. Choć to w dalszym ciągu ekspiacja polityczna, bo przecież nie pole debaty, prezes i jego zwolennicy osiągną jakąś satysfakcję wyalienowanych.

Kaczyński jest głuchy na nowoczesność, na wyzwania, przed którą stoi kraj. A przede wszystkim jest głuchy na konserwatyzm, wiele mógłby się nauczyć od Davida Camerona, a nie Orbana, który jest taką samą skamieliną jak prezes, ale Orban tego jeszcze nie wie, bo jest na węgierskim etapie IV RP.

Internautom proponuję jeszcze jedną alegorię do memów. Pieta: Gliński w tablecie na rękach Kaczyńskiego. Dewocjonalia PiS.

niedziela, 24 lutego 2013

Zastępujący Kaczyńskiego kandydat na technicznego premiera przedstawił ekspertów


Kandydat na technicznego premiera prof. Piotr Gliński wreszcie przedstawił ekspertów, którzy - jak mniemam - są kandydatami na technicznych ministrów.

A że Gliński to kandydat PiS, więc nie jest technicznym, ale zastępczym. I tak go należy traktować. Zastępuje Jarosława Kaczyńskiego. Tak jak w teatrze są zastępstwa, aktor zachoruje, albo jest skacowany, zastępuje go inny aktor, który pospiesznie uczy się roli.

Pół biedy, gdy rola jest z klasyki, coś tam się zna. Gorzej, gdy zastępstwo wypadnie w dramacie autora współczesnego, albo mało znanego. Aktor zastępczy musi polegać na suflerze.

Prezes PiS jest "niezdrowy" w sondażach zaufania, ale jest klasyką i to współczesną, więc wydawałoby się, że Gliński nie powinien mieć kłopotów z zastępstwem. Czasu miał sporo, aby przyjrzeć się roli technicznego premiera, bo od lata ubiegłego roku. Mógł też zaglądnąć do skryptów Kazimierza Marcinkiewicza, który także zagrał w zastępstwie. I osiągnął sukces.

Ale główny aktor wydobrzał i Marcinkiewicz z technicznego zastępstwa został wykopany. Czy tak będzie z Glińskim?

Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się o talentach zastępczym (albo: technicznych) Glińskiego, bo jego rola jest bezprzedmiotowa (choć w kontekście ludzkim należałoby napisać: bezpodmiotowa). Sytuacja jest tak paradoksalna, że pisząc nielogicznie - a nawet wypowiadając wszelaką bzdurę - nie popełnia się żadnego błędu.

PiS jest partią niekoalicyjną, nie ma wystarczająco dużo szabel w Sejmie, więc zastępstwo kandydata na technicznego premiera skończy się na ciągu tych słów, pojęć, które nie mają szans wejść do słownika politologicznego, może najwyżej do kabaretu.

Czy jest sens analizować kandydatury na technicznych ministrów? Jak ktoś lubi uprawiać zastępczą analizę, myślenie, może uznać, że zastępuje dziennikarskiego komentatora. Ba, może spróbować poważnie zagłębić się w dotychczasowych osiągnięciach kandydatów na technicznych ministrów.

Rozsądek zadaje jednak pytanie: po co zastępować myślenie, które należy do poważnych zajęć, a zastępstwo Glińskiego wszak jest zastępstwem mniemanym. Zwłaszcza, że jeden z kandydatów na technicznego ministra wzrost demografii Polaków widzi poprzez uczynienie z kraju jednego wielkiego sierocińca. Bo tak należy traktować propozycję płacenia przez państwo tysiąca zł na każde urodzone dziecko od chwili poczęcia do 18 roku życia. Toż to odebranie odpowiedzialności rodzicom i przyjęcie dzieci na garnuszek państwa.

Niektóre nazwiska ekspertów się wypromują, ale tylko zastępczo. A Polska nie jest to zastępcza ojczyzna, przynajmniej dla mnie i nie traktuję jej zastępczo, aby przejmować się zastępczym kandydatem na technicznego premiera.

wtorek, 6 listopada 2012

Gliński podał się do dymisji




Piotr Gliński podał się do dymisji. Nie oddał się do dyspozycji prezesa PiS, ale zrobił to w eterze, w krótkim stwierdzeniu: - Ja się nie podpisują pod tą tezą (o zamachu smoleńskim).

Profesor socjologii nie był długo obecny, jako polityk. A przy tym rola dla niego wymyślona przez PR-owców PiS więziła go jak w kaftanie. Łamaniec pojęciowy "kandydat na premiera rządu pozaparlamentarnego" przejdzie do historii naszej politologii, jak wiele pojęć i aluzji prezesa PiS.

Tym oświadczeniem Gliński zepchnął się na margines polityki, a to dlatego, że wykazał odwagę. A za nią zawsze się płaci, zważywszy na naszą tchórzliwą klasę polityczną.

Odchodzi w najlepszym dla siebie momencie. Jeżeli liczył na sukces swojej "misji", a ta nieopatrznie by się powiodło, tym bardziej kiedyś zaznałby goryczy klęski. Dzisiaj będzie postrzegany jako ten, który na moment ruszył debatę o rzeczach istotnych dla gospodarki i polityki.

Zmiękczył trochę glebę polityczną. Niestety w kraju musi być ona utwardzona, gdyż nasi politycy (powinno to być w cudzysłowie) wolą walkę na ubitej ziemi, takie sarmackie przyzwyczajenie. Tłuc się po mordach, bo to jest efektowne i widoczne.

Polską ziemią jest w tej chwili ziemia smoleńska i nie rozwali jej żaden trotyl. Ot, nasz beton smoleński.

poniedziałek, 1 października 2012

Desygnowanie Glińskiego na premiera pozaparlamentarnego



Prezydent Jarosław Kaczyński desygnował do misji tworzenia rządu Piotra Glińskiego, profesora. Ma stanąć na czele “rządu pozaparlamentarnego”. Gliński zamierza rząd skompletować w kilka tygodni, bo pracy jest huk.

W powyższych zdaniach nie ma za dużo ironii, wszystkie terminy padły poza “prezydentem” (na razie). Ceremoniał też nie był jak na typowej konferencji prasowej, zdecydowanie koturn był podwyższony. Spotkanie poprowadził rzecznik premiera, bądź prezydenta (to nie zostało wyjawione) Krzysztof Skowroński, który ma synekurę prezesa SDP.

Gdy nominant wyjął z kieszeni kartki papieru, prezydent Kaczyński opuścił salę. Jeden dostojnik drugiemu dostojnikowi nie może rozpraszać powagi w tak ważnej chwili. Pojawia się kolejny problem, czy to już było expose, czy tylko program desygnowanego premiera, do którego będzie przekonywał fachowców i partie opozycyjne.

Wszak program może ulec zmianie, zawarte kompromisy wymuszą przesunięcie akcentów, a może nawet zaniechanie niektórych punktów. A expose to rozpisane zamierzania, które zostały wynegocjowane z koalicjantami.

Jak traktować zatem słowa przeczytane z kartki przez Glińskiego, bo najechał w nich na Donalda Tuska i obecny rząd co niemiara. Jak zwykli to czynić następcy z poprzednikami. Po rozmowach z koalicją opozycyjną wszak z niektórych zarzutów desygnowany premier może się wycofać.

Co będzie, jak desygnowany premier nie przekona opozycji koalicyjnej (politolodzy niech spisują i opisują nową terminologię), czy Kaczyński podtrzyma nominację. Jeżeli tak, wówczas Gliński kompletowałby pozaparlamentarny rząd mniejszościowy.

Desygnowany premier nie wymienił nazwisk, ale ma już kilku fachowców na oku. Interesujące w tym kontekście jest, czy te nazwiska wiedzą, że są w kręgu zainteresowań desygnowanego premiera rządu pozaparlamentarnego.

Wartością najważniejszą jest termin: rząd pozaparlamentarny. Język nie kłamie i w tym wypadku nie jest freudyzmem (“nikt mi nie powie, że białe jest białe...). Słowa wbijane kafarem konferencji prasowych w życie publiczne tworzą nową rzeczywistość, niekoniecznie nam znaną i niekoniecznie realną. Sporo do powiedzenia mieliby w tej materii językoznawcy i psycholodzy społeczni.

Nie zdziwię się, jak za jakiś nieodległy czas premier bądź prezydent pozaparlamentarni przedstawią nową Konstytucję, która np. zostanie poddana referendum podczas następnego marszu np. “Obudzona Polsko powiedz nowej Konstytucji 3 x tak”. Pozaparlamentarne, pozaustrojowe, to wszystko może dziać się poza nami, ale nie dla Kaczyńskiego. To jest tu i teraz, to dzieje się. To się rodzi w bólach pozaparlamentarnych.