Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kaczyński. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 listopada 2015

Szydło z Macierewiczem i Ziobro w rządzie PiS (Kaczyńskiego)

W czasie kampanii wyborczej nie brane były pod uwagę ministerialne stanowiska dla Antoniego Macierewicza, ani Zbigniewa Ziobry. Gdy wyszło na wierzch, że  Macierewicz zostanie ministrem obrony, Beata Szydło zareagowała jak oparzona. Na chybcika zrobiła konferencję prasową i przedstawiła „prawdopodobnego” szeregowca Jarosława Gowina jako kandydata na szefa MON.
Dzisiaj znamy skład rady ministrów, to Antoni Macierewicz nie kłamał w Chicago, tylko w Warszawie Szydło z geby robiła cholewę. Może w USA nie ma atmosfery zakłamania, bo w Polsce, szczególnie w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej, te krętki blade moralności krążą w powietrzu, jak kiedyś widmo komuny nad Europą.
Gowin wreszcie został doceniony, bo dostał dwie propozycje ministerialne nie do odrzucenia. Jedną odrzucił, jak poinformowała Szydło na konferencji prasowej, a Macierewicz jako lucky loser został ministrem. Tak zrobieni zostali w konia wyborcy, acz nie był to łeb konia z „Ojca chrzestnego”.
Zbigniew Ziobro też wraca tanecznym krokiem, w wakacje groził mu Trybunał Stanu, a teraz będzie prostował ścieżki sprawiedliwości. Choćby dla koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Ten ma wyrok, jak „porządny” kryminalista – 3,5 roku bez zawiasów – lecz dostaje tak wrażliwą dla działania państwa funkcję.
Jak powiedziano na konferencji prasowej: „Sprawidliwość będzie po stronie Kamińskiego”. A jak nie będzie po stronie PiS, wszak Temida jest ślepa? Skład rządu Szydło więc jest pluralistyczny z wyrokowcem w składzie.
Piotr Gliński już może nigdy nie zrzucić odium premiera technicznego, został wicepremierem i na osłodę będzie kontrolował kulturę, w tym polskie Hollywood (marzenie prezesa).
Szydło dostała od Kaczyńskiego ministra oficera łącznikowego, Adama Lipińskiego, który dopilnuje, aby nie zaliczała za dużo wpadek. A będą – gwarantuję. Bo nikt nie dojrzewa intelektualnie w czasie kampanii, ani w tym wieku, w jakim jest premier Szydło.
Ministrem spraw zagranicznych został najwierniejszy akolita Kaczyńskiego, bezbarwny Mariusz Błaszczak, potwierdzając skądinąd przysłowia ludowe, że „każdy szeregowiec nosi buławę w plecaku”. Ten do dzisiaj nosił za prezesem.
Powyżsi ministrowie są do organizacji igrzysk. PiS jak nikt zarządza emocjami elektoratu. Nieważne, czy negatywnymi, czy pozytywnymi. W tym są najlepsi.
De facto tej zgrai będzie pilnowała najważniejsza osoba w rządzie Szydło, Mateusz Morawiecki, minister rozwoju i wicepremier, prezes Banku Zachodniego WBK. Ale do realizacji socjalnego programu PiS nawet „zdolności” Chucka Norrisa to może być za mało.
Skład rządu Kaczyńskiego z desygnowaną Szydło jest zaskakujący – jeżeli pamięta się kampanię – ale jest standardowy, bez mała klasyczny, gdy zna się prezesa Kaczyńskiego. Ten rząd pójdzie z Polakami (opinią publiczną) na zderzenie, wykopyrtnie się Szydło, a przyjdzie prezes „nie chcę, ale muszę”.
Oto skład rządu PiS:
Prezes Rady Ministrów: Beata Szydło
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego: Piotr Gliński – wicepremier
Ministerstwo Rozwoju: Mateusz Morawiecki – wicepremier
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego: Jarosław Gowin – wicepremier
Ministerstwo Finansów: Paweł Szałamacha 
Ministerstwo Skarbu Państwa: Dawid Jackiewicz
Ministerstwo Zdrowia: Konstanty Radziwiłł
Ministerstwo Cyfryzacji: Anna Streżyńska
Ministerstwo Obrony Narodowej: Antoni Macierewicz
Ministerstwo Spraw Zagranicznych: Witold Waszczykowski 
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji: Mariusz Błaszczak 
Ministerstwo Sprawiedliwości: Zbigniew Ziobro
Ministerstwo Energetyki: Krzysztof Tchórzewski
Ministerstwo Edukacji Narodowej: Anna Zalewska
Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi: Marek Gróbarczyk
Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa: Andrzej Adamczyk 
Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej: Elżbieta Rafalska 
Ministerstwo Środowiska: Jan Szyszko
Ministerstwo Sportu i Turystyki: Witold Bańka
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi: Krzysztof Jurgiel 
Pierwszy wiceminister ds. rozwoju: Jerzy Kwieciński
Ministrowie w KPRM:
Minister ds. europejskich: Konrad Szymański
Minister ds. kontaktów z parlamentem: Adam Lipiński
Szef Komitetu Stałego Rady Ministrów: Henryk Kowalczyk
Szef gabinetu politycznego premiera i rzecznik rządu: Elżbieta Witek
Koordynator ds. służb specjalnych: Mariusz Kamiński
Szefowa Kancelarii Premiera: Beata Kempa

poniedziałek, 7 lipca 2014

Zjednoczeniowy blitzkrieg Kaczyńskiego


Jarosław Kaczyński pierwszy akt zjednoczenia prawicy ma już za sobą. Zjednoczył się z Piotrem Dudą, szefem "Solidarności".

Zjednoczenie trwało krótko i musiało być bardzo przyjemne. Rozmowa Kaczyńskiego z Dudą trwała przeszło godzinę. Można je śmiało nazwać językiem militarnym, był to blitzkrieg zjednoczeniowy. Kaczyński zjednoczył "Solidarność" z PiS.

W krótkim żołnierskich słowach zjednoczenie to da się opisać: reformy emerytalne Tuska - won! Cofamy się na z góry upatrzone pozycje sprzed reformy, kobiety pracują do 60 lat, mężczyźni do 65.

No i kto to słyszał, aby lud pracujący miast i wsi miał dłużej znosić takie "ustawy antypracownicze".

Po blitzkriegu przyznał Duda, że z prezesem PiS "łaczy go troska o Polskę". Czyż nie brzmi to jak hymn "Boże, coś Polskę", przepraszam: "Jeszcze Polska nie zginęła"?

Brzmi.

Prawicowe zjednoczenie ze związkiem zawodowym, który z definicji jest lewicowy, ho, ho, to mogło odbyć się tylko za pomocą blitzkriegu.

To byłby pierwszy akt, czekamy na następne blitzkriegi z Ziobrą i innymi, bo "łączy nas troska o Polskę".

Czytaj więcej >>>

niedziela, 2 lutego 2014

Kaczyński w tamie spekulacji


Paweł Lisicki twierdzi, że tamuje falę spekulacji odnośnie Jarosława Kaczyńskiego. A ten odnośnik tyczy tego, co wcześniej konkurencyjny tygodnik "Do Rzeczy" - "wSieci" - wyspekulował.

W tej tamie stanął sam zainteresowany prezes PiS, który udzielił się wywiadem odnośnie. Kaczyński nie ma ambicji. "Nie mam ambicji prezydenckich" - powiedział w pierwszej części zdania. Już mi ręce składały się do oklasków, wiem jednak, że prezes buduje zdania złożone, acz są one konwencjonalne i drugie dno w nich nie istnieje, zwykle zaprzecza temu, co chciał powiedzieć. Taką Kaczyński posiadł retorykę, ja jej mu nie zmienię.

Ta druga część zdania w tamie spekulacji brzmi: "... to premier jest w Polsce tym, który bardziej przystaje do funkcji szefa partii". Odkrycie, jak odkrycie. Donald Tusk jest szefem partii, jest premierem. Janusz Palikot też jest szefem, ale nie jest premierem. Leszek Miller był, jak zresztą Kaczyński. Jarosław Gowin chciał być szefem jednej partii, ale nie został, więc wybrał sobie inną partię i w dalszym ciągu nie jest premierem.

A jednak biłem oklaski za drugą część zdania w myśl prezesowego powiedzenia: "oczywista oczywistość".
No, ale wywiad jest o tamie spekulacji - to metaforyczne słowa ze wstępniaka naczelnego tygodnika "Do Rzeczy", a ten włada piórem, jak włada - w której staje prezes PiS bez ambicji.

Jak prezes nie ma ambicji, bo "premier przystaje do funkcji szefa partii", to kto za prezesa jest w posiadaniu tej funkcji ambicji?

I znowu dwa kwiatki z retoryki Kaczyńskiego, godne św. Franciszka. "Z partią jestem serdecznie związany". PiS to partia prezesa, więc ma do niej serdeczne uczucia, wszak jego dzieło. Personel partyjny może też darzy prezesa serdecznością, bo ma za co. Dla ogromnej większości posady na ławach sejmowych to synekury. Za synekury każdy jest serdeczny, a walory, które via media poznaję, nie "przystają funkcji", które winni reprezentować. Taka mała uwaga odnośnie partyjnych kadr, z którymi Kaczyński jest "serdecznie związany".

Wyżej to był kwiatek miary św. Franciszka. Ale oto kwiat. Odnośnie spekulacji, kto miałby być tym, która ma ambicje zamiast prezesa. Ten retoryczny kwiat ma brzmienie: "Polska byłaby szczęśliwym krajem, gdyby miała takiego prezydenta". Nie chodzi o prezydenta Bronisława Komorowskiego. O, nie! Czyli Kaczyński uważa, że Polska jest krajem nieszczęśliwym pod prezydentem Komorowskim, choć cieszy się największą sympatią wśród tzw. polskich polityków. Zresztą kiedyś prezes uznał, że Komorowski został wybrany przez pomyłkę. Otóż wg Kaczyńskiego Polska byłaby szczęśliwa pod ambitnym Piotrem Glińskim.
Tama spekulacji już nie przecieka, bo prezes nie ma ambicji odnośnie prezydentury. Wywiad jest też o nowej propozycji gospodarczej PiS. Czyli stara propozycja poszła do kosza, jest nowa. Uwaga: posługuję się słowami z "Do Rzeczy", ja tego nie pisałem.

Pierwszą propozycją gospodarczą jest program prospołeczny, a nawet "silnie prospołeczny" - ostatnie jest cytatem. Polska się zwija demograficznie i to musi być przełamane. Jak? Polityką prorodzinną, "ale szeroko rozumianą" (też cytat).

Z podręczników demograficznych wynika jednak, iż bogacące się społeczeństwo zwijają populację, to tylko biedne społeczeństwa płodzą dzieci w myśl odwiecznej socjologicznej zasady: więcej dzieci, większe prawdopodobieństwo, że zyska rodzina.

Do nowego programu PiS należy stwierdzenie, że Polska znalazła się w "pułapce średniego rozwoju (dochodów)" (cytat). A jednak się rozwijamy, acz średnio. Kaczyński chce uruchomić rezerwy. Do tej pory myślałem, że mamy długi (a nie rezerwy) i mimo to średnio się rozwijamy. Europejskie dane statystyczne mówią, że jednak najlepiej się rozwijamy, ale można je czytać, jak Kaczyński i wówczas wyjdzie: średnio. "Uruchomienie rezerw" to wg Kaczyńskiego "sięgniecie po nie" - "i stąd ten bilion złotych" (wszystko cytaty).

Nowy program gospodarczy PiS jest wewnętrznie sprzeczny, aby realizować taką politykę prospołeczną (winno się jednak nazywać: pro-populistyczną), trzeba nałożyć nowe podatki.

Oczywiście Kaczyński chce nałożyć te podatki nie na biednych i średnio zarabiających, ale na najbogatszych, przedsiębiorców, banki i hipermarkety. Pominę tych najbogatszych, bo to czysty populizm. Nawet gdyby chcieli płacić, to zyskać można najwyżej jakiś promil dochodów dla budżetu. Lecz i tak najbogatsi nie dadzą się, bo uciekną z polskiego fiskusa. Zaś banki i hipermarkety odbiją sobie na cenach, a to będzie rzeczywisty podatek od towarów - ale dla biednych.

Ta nowa polityka gospodarcza PiS jest starą polityką gospodarczą PiS, a ta była nader populistyczna, jak brzmienie: bilion złotych. Gdyby Kaczyński chciał uzyskać ten bilion złotych, to nie dość, iż zwijalibyśmy się demograficznie, ale zwijalibyśmy się z bólu, że dotąd szliśmy "w pułapce średniego rozwoju (dochodów)" (cytat), a pod nowym programem gospodarczym PiS zwijamy się z populizmu.

Rozumiem, że Kaczyński jest szefem partii, którego ambicje "przystają do premiera", bo taka jest logika demokracji. Z tego wywiadu, którego tylko niewielkie passusy są w tej chwili dostępne, wynika, iż prezes w nowym programie gospodarczym PiS serwuje stary populizm.

Może on do części elektoratu przemówić, może też przemówić do znużonych rządami Tuska. Wątpię, że tak się stanie, gdy będą mieli do wyboru między "pułapką średniego rozwoju (dochodów) a populizmem, który zawsze kończy się spektaklem katastrofy.

Stwierdzenie, że "pójdziemy do przodu" jest tak samo niezręczne retorycznie, jak "pójdziemy przodem". Kierunek zawsze jest ten sam: przodem do populistycznej przepaści.

Tyle moich uwag o dostępnych cytatach z wywiadu dla "Do Rzeczy", który "tamuje falę spekulacji" odnośnie Kaczyńskiego.

poniedziałek, 28 października 2013

PiS zapięty na ostatni żołnierski guzik na Święto Niepodległości

W PiS wszystko zapięte na ostatni żołnierski guzik na Święto Niepodległości. Plan obchodów, media w gotowości, nawet gazetka wydrukowana. Na dwa tygodnie przed patriotyczną imprezą.
Okolicznościowy biuletyn nosi tytuł "Dziennik Niepodległości", bo PiS liczy dni, kiedy im władza słusznie przypadnie. Dobrze, że nie nosi tytułu "Bibuła Niepodległości", miałaby pełne znamiona konspiracji. Prawdopodobnie byśmy się o takiej bibule nie dowiedzieli. A może coś takiego mają? Trzeba cierpliwie poczekać do 10 listopada, bo tego dnia zaczyna się święto. Niezgodnie z kalendarzem polskich świąt, ale to nie PiS ten kalendarz układał.
Jak święto, zatem musi być wigilia tego święta, a 10. każdego miesiąca obchodzone jest comiesięczne święto tego, który tę niepodległość odzyskiwał i w imieniu jej poległ.
Nie wierzycie? W gazetce PiS, przepraszam: dzienniku pokładowym niepodległości, obok twórców II Rzeczpospolitej występuje nazwisko twórcy IV RP. Fragmenty przemówienia marszałka Józefa Piłsudskiego i fragmenty przemówienia Lecha Kaczyńskiego. Dzisiaj sąsiadów na Wawelu.
Niezadekretowane święto niepodległości jest tak obchodzone przez PiS, aby nie wejść w kolizję z innymi świętami niepodległości. W tym kraju - celowo nie piszę: Polska - obchodzone są trzy zorganizowane święta niepodległości. Te, które analizuję, narodowców, którzy wystąpią ze swoją infrastrukturą: straż, służby medyczne i ideologiczne oraz marsz prezydenta RP Bronisława Komorowskiego "Razem dla Niepodległej".
Kraj nam się nie tylko dwoi, ale troi. Wydawałoby się, że mamy wielkość wymarzoną od morza do morza. Kraj ten nazywa  się ponoć Polska. Wracając do gazetki/biuletynu/bibuły. Jarosław Kaczyński to najbardziej mobilny polityk w tym kraju - nie tylko dzisiaj, ale w ogóle - najbardziej rozchodzony. Warszawa 10. listopada, 11. królewskie miasto Kraków, a tam kolejny marsz i kolejne przemówienie. A że będą to podniosłe dni, można spodziewać się niejednego smacznego kąska retorycznego. Już zacieram ręce: twórczy jest Kaczyński, oj, twórczy.
Inna godna uwagi okoliczność. Możliwe, iż powinienem to zrobić na początku. Obchody dni niepodległości są społeczne. Broń boże, nie chodzi o czyn społeczny, bo nie w czynie społecznym prezes PiS tak maszeruje i nogami wymachuje: prawa, prawa, co za swołocz rusza lewą. Społeczne obchody to znaczy, że obchodzone w imieniu społeczeństwa, nas wszystkich: mnie, ciebie, ciebie też i tamtego, który się skrył, albo wstydzi. I co z tego, że obchody organizują Kluby "Gazety Polskiej", ktoś wszak musi organizować - no, nie?
W "Dzienniku..." są opublikowane sylwetki twórców niepodległości II RP: Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego, Romana Daszyńskiego, Wincentego Witosa, Wojciecha Korfantego i gen. Józefa Hallera. Czyli wszystkich.
PiS uczestniczy w społecznych obchodach, nas wszystkich, więc antenatami tej partii i poprzednikami Kaczyńskiego byli wszyscy twórcy: od lewicy do prawicy. To kolejna Godzina W. Siedemnasta? Nie wiem, czy dobrze chodzi mi zegarek. Może nie przestawiłem, gdy zmieniano czas.
Nie wiem nic o gazetce Komorowskiego, też powinien nam fundnąć jakiś biuletyn/bibułę. A narodowców nie chcę czytać, bo i tak Artur Zawisza wykrzyczy przez megafon to, czego nie chciałbym czytać.
Wielki mamy naród. Nie każdą nację stać na trzy święta tego samego dnia. Wielki kraj marzycieli: od morza do morza.

czwartek, 17 października 2013

Czarne chmury Kaczyńskiego

Nad Jarosławem Kaczyńskim zebrały się czarne chmury. I to takie ciężkie, gradowe. Nadpłynęły z nieoczekiwanych stron, jakby się umówiły. Boję się, że z tego urodzi się jakaś trąba powietrzna.

Przegrane referendum warszawskie, które miało być "budzeniem" warszawiaków do Godziny W, okazało się łabędzim śpiewem i z tego PiS - a dokładnie prezes - są rozliczani przez swoich zwolenników, acz nie podwładnych partyjnych, bo ci nie śmią dziobów otworzyć.

No i ten Macierewicz, który dał plamę z multimedialną konferencją zespołu smoleńskiego, jego eksperci nie potrafili obsłużyć skype'a, a jeden z nich nawet się przyznał do "gry" w zaprzyjaźnionej TV Trwam.

Ta zaprzyjaźniona telewizja o. Rydzyka wcale nie jest przypadkowa, bo większy numer wywinęła zaprzyjaźniona gazeta "Nasz Dziennik", która wysmarowała, iż warszawiacy nie chcieli słuchać narracji patriotyczno-historycznej o Godzinie W, prezydencie Starzyńskim i warszawskich powstańcach. Nie chcieli oglądać twarzy prof. Piotra Glińskiego, który jest przecież zgraną kartą rok temu.

Dowalił "ND" bezpośrednio prezesowi, który pretensjonalnym głosem potwierdzał narrację PO, że gdy prezydent Warszawy zostanie odwołana, wyborcy zobaczą w telewizji radosną twarz prezesa.

No i ten rzecznik Adam Hofman, którego penis okazał się gwoździem do trumny, zamiast odsunąć się od kamer i mikrofonów, przykleił się do nich. Siłą go nie można było oderwać.

Czarna chmura Rydzyka może okazać się najgroźniejsza w skutkach gradobicia, a może nawet trąby. Nadpłynęła następna chmura "zgranej karty" Glińskiego, który napisał list do prezesa Kaczyńskiego, jako parakandydat na prezydenta Warszawy, gdyby udało się odwołać HGW. Gliński zostanie w polityce wiecznym parakandydatem. Lecz ma tytuł profesora socjologii i trochę jest oblatany w sprawach społecznym i politycznych.

Gliński chce Kaczyńskiemu przekazać uwagi, bodaj tak samo krytyczne - a może bardziej - jak zrobił to organ Rydzyka. Czy parakandydat powie prezesowi, że prowadził pretensjonalną kampanię referendalną? Raczej nie. Będzie wspólne szukanie kozła ofiarnego, a ten w tej wybitnie bojowej męskiej partii w podobnych okolicznościach jest jeden.

Kaczyński jest nietykalny, we własnych szeregach uwielbiany. I te chmury, ta trąba powietrzna może zdekapitować tylko jedną głowę - Hofmana.

środa, 16 października 2013

Dobosz Macierewicz jako hiena cmentarna


Po przegranym warszawskim referendum prezes PiS powraca z pełnym impetem do katastrofy smoleńskiej. PiS do najbliższych wyborów nie liczy na demokratyczne zdobycie władzy, trzeba jednak tzw. patriotom podbić bębenka przed zbliżającymi się wszelakimi rocznicami, a werbel Smoleńsk to najwartościowszy instrument, więc jego dobosz Antoni Macierewicz wali, co sił medialnych.

Maciej Lasek przedstawił niepublikowane zdjęcia zrobione tuż po katastrofie. Co to jednak obchodzi dobosza, trzeba walić póki "patriotów" głowy gorące (patrioci w cudzysłowie znaczą to, co znaczą, na pewno nie wartość semantyczną tego rzeczownika).

Dosadnie została podana przyczyna katastrofy, a jest to łańcuch wydarzeń „zapoczątkowany przejęciem naprowadzania samolotu przez ośrodek decyzyjny w Moskwie”.

Ne dajmy się zwieść temu "łańcuchowi wydarzeń", acz to broń używana przez kiboli, którzy w walkach między sobą używają łańcuchów, Macierewicz posługuje się metaforą "łańcuch wydarzeń", lecz to dobosz, acz kibol polityczny. Rozpirza przestrzeń publiczną w drobiazgi za pozwoleniem prezesa PiS.

Dobosz, aby udowodnić swoja metaforę - łańcuch wydarzeń - potrzebuje do tego trupów. Potrzebne mu ciała ofiar katastrofy smoleńskiej, apeluje - do kogo? - "o ponowne sekcje zwłok katastrofy".

Macierewiczowi zatem pozostaje dotychczasowa metoda "Zosi samosi", którą uprawia jego zespół parlamentarny wraz z ekspertami. Własnym sumptem, własnym przemysłem - powinien wykopać ciała ofiar i metodą chemika domowego udowodnić, iż na ciałach są ślady trotylu, eksplozji.

Odłożyć werbel na bok i na kilka nocy własnym przemysłem udać się z ekspertami na cmentarze (a może na Wawel). Jak to się nazywa kolokwialnie? Tak jest! Zostać hieną cmentarną.

poniedziałek, 23 września 2013

Tusk odzywa się za późno w sprawie kabaretu smoleńskiego


Donald Tusk mógłby spokojnie dzisiaj rządzić, gdyby nie zdarzył się Smoleńsk. Katastrofa dowartościowała PiS i jej lidera, który przed Smoleńskiem był taki sam, jak dzisiaj, niestety dzisiaj ma większe armaty polityczne - właśnie smoleńskie. Gdyby nie było Smoleńska, PiS skończyłby na elektoracie LPR - kilkunastoprocentowym - i to pod warunkiem, że partia Kaczyńskiego byłaby wspierana przez przyjaciela o. Rydzyka.

Gdyby nie doszło do Smoleńska, najprawdopodobniej Lech Kaczyński nie ubiegałby się o reelekcję, gdyż z powodu sondażów tuż przed zgłoszeniem do wyborów prezydenckich, kandydatura nieżyjącego prezydenta byłaby wycofana z powodu tylko kilkunastoprocentowego poparcia. Brat Jarosław bałby się kompromitacji, a przede wszystkim w PiS nie był wówczas tak silny, jak dzisiaj. Pisałem o tym przed Smoleńskiem.

Możliwym, iż zgłoszony byłby wówczas do konkurowania o Pałac Prezydencki najsilniejszy wówczas kandydat PiS Władysław Stasiak, szef Kancelarii Prezydenta. Pozostałoby w takich okolicznościach czekać na zmiecenie z prezesowania Kaczyńskiego, którego zastąpiłby Zbigniew Ziobro, bo tylko on był realnym zagrożeniem.

Dzisiaj to jednak gdybanie. Do Smoleńska doszło z winy strony polskiej, która za wszelką cenę chciała lądować. Na śmierci dysponenta tego tragicznego lotu PiS wzrósł w siłę, bo partia Kaczyńskiego przekuwa Smoleńsk na polityczne profity. Partia i media "smoleńskie", które bez względu na rozum mityzują owo zdarzenie.

Rzeczywistość to jednak nie mit, a namacalność społeczna i polityczna. Temu mityzowaniu nie potrafił przeciwstawić się Tusk. Już w pierwszy roku po katastrofie pisałem, iż należy znaleźć dla smoleńskiej narracji PiS - kontrnarrację. Kaczyński jest średniej klasy politykiem i ten dar z niebios - Smoleńsk - ratujący jego polityczną karierę będzie na wszelkie sposoby wyzyskiwał.

Kaczyński Smoleńsk wyzyskuje przy otwartej przyłbicy, jakikolwiek rozum nie ma dla niego znaczenia. Dopiero teraz odzywa się Tusk, a może to być za późno:
"Nie ma czegoś takiego jak komisja Macierewicza. Jest z całą pewnością trwający od lat niebezpieczny dla Polski i przynajmniej mnie mało śmieszący kabaret w reżyserii pana Antoniego Macierewicza. Ja odpowiadam za państwo, a nie za ambicje polityków, którzy są w stanie zrobić najdziwniejszą albo najbardziej niebezpieczną rzecz wyłącznie dla własnego interesu politycznego".

Dzisiaj ten kabaret jest dla sporej części Polaków  jedyną poważną rzeczywistością. Nie mają narzędzi mentalnych, duchowych, intelektualnych, aby zmierzyć się z nią. To w nich bezkrytycznych celował Kaczyński i trafił, są jego polityczną transzeją - ulubiona forma walki politycznej: obrona. Do nich nie przemawia śmieszność, bo w niej żyją, nie potrafią ocenić, na ile wiara w smoleńskie brednie jest karykaturą powagi.

Tusk się spóźnił w sprawie Smoleńska. kabaret Macierewicza jest odbierany, jako rzeczywistość. Co dalej? Nie trzeba bać się myśleć o popełnionych błędach, należy ten kabaret ukazać w jego śmieszności. Nie można tego zrobić poprzez jednorazowe nazwanie, nie można tego osiągnąć poprzez konfrontację - bądź odmowę - uczestnictwa w debacie zaproponowanej przez prof. Michała Kleibera.

Sprawa jest zbyt poważna, dotyczy nas wszystkich. Oddanie Polski w ręce kabareciarzy Macierewicza i Kaczyńskiego skończy się spektaklem, w którym na koniec będą gwizdać wszyscy, ale wówczas będzie za późno, bo znajdziemy się w okresie minionym, znajdziemy się w farsie. Oby w PRL-u. Podejrzewam, iż głębiej w historii, kiedy to Polski nie było na mapach.

Taki mniej więcej dzisiaj można odczytać sens Smoleńska i zabiegów polityczno-medialnych wokół tej tragedii.

piątek, 13 września 2013

Tusk jako koń trojański, Papkin Kaczyński i Ulisses Duda


Donald Tusk nareszcie znalazł się w opozycji. Na razie jako kwalifikant, zaszeregował go do niej Jarosław Kaczyński, ale to już coś dla uszu. Prezes PiS powiedział: "My dzisiaj nie uczestniczymy w posiedzeniu (Sejmu), bo nie chcemy mieć nic wspólnego z tymi, których łączy jedno, że są w opozycji do PiS".

Z tego należy rozumieć, iż gdyby Tusk nie był w opozycji, byłby w PiS. I nie byłby wówczas w opozycji. No i by nie rządził. Paweł Wroński takie wystąpienia Kaczyńskiego nazywa "strumieniem świadomości". Pierwszeństwo tego rodzaju zapisu literackiego przypisuje się genialnemu Jamesowi Joyce'owi, a najsłynniejszym monologiem jest strumień świadomości Molly Bloom, bo przecież prezes nie jest tytułowym "Ulissesem".

Tym przebiegłym politykiem - wszak nie związkowcem - może stać się Piotr Duda, który pod Sejmem zbudował konia trojańskiego, pomnik Tuska. Kaczyński winien poprosić szefa "Solidarności" o takąż inwencję w stosunku do brata Lecha pod Pałacem Prezydenckim.

Pomnik Tuska media odnotowały i gdy obecnemu premierowi będzie on rzeczywiście kiedyś stawiany, przez artystów rzeźbiarzy trudny będzie do pominięcia, jako inspiracja. Taka jest sztuka, posiłkuje się tego rodzaju okruchami z rzeczywistości.

Kaczyński postąpił wbrew swojemu SMS-owi sprzed dwóch tygodni, w którym zabronił politykom PiS brania udziału w protestach związkowców. Poszedł po rozum do głowy, czyli wziął tyłek w troki, nie będzie grzał ław sejmowych i wraz z tą częścią ciała przyłączył się - jednak - do protestu związkowców.

Nie będę dociekał, dlaczego tak postąpił. Zdaje się, iż wyczuł, że Duda odejmuje mu splendor pierwszeństwa opozycji prawicowej. Mniejsza o przyczynę nieobecności w Sejmie, bo dzięki niej, co wrażliwsi mogli poczuć literackie (i nie tylko) konteksty i inspiracje.

Strumienia świadomości nie stosował hrabia Fredro, polskie śmieszności ubierał w rymy, dzięki czemu do dzisiaj możemy figury jego sztuk scenicznych znajdować w bieżącej polityce. Od kilku lat na naszej scenie politycznej jest grana "Zemsta smoleńska". I gdy grzebię w aluzjach (strumieniu świadomości) wychodzi mi, że w tej komedii Kaczyńskiemu najbliżej do Papkina, który zachwalał swoje czyny, jak prezes osiągnięcia IV RP, a nawet jest  gotów zapewnić każdego krokodyla populizmu (krokodyla daj mi luby).

Hrabia Fredro babrał się w naszych narodowych groteskowych trzewiach. Zmuszony został jednak do złamania pióra przez tzw. ówczesnych patriotów, którym nie podobało się, iż ośmiesza wady polskie, które dzisiaj - co wrażliwsi - mogli dostrzec na scenach warszawskich ulic.

czwartek, 12 września 2013

PiS jak Samoobrona Andrzeja Leppera

PiS coraz bardziej przypomina Samoobronę nieżyjącego Andrzeja Leppera. Ten ostatni wraz z ze swymi "Filipkami" (tak nazywałem posłów tej partii, od nazwiska jednego z nich: Filipami z konopi) blokował mównicę sejmową. Filipkowie z PiS nie wezmę udziału w piątkowych głosowaniach w Sejmie, gdyż... I tutaj zaczynają się schody.

W Sejmie głosowane będą m.in. poprawki do projektu nowelizacji budżetu na rok 2013, a pod Sejmem koczują protestujący związkowcy, którzy w ten sposób wyrażają dezaprobatę do klasy politycznej. PiS nie bierze udziału w proteście, gdyż tak prezes sobie politycznie umyślił. Chętnie partia Kaczyńskiego by się przyłączyła, ale Piotr Duda zaczyna być postrzegany jako konkurent do liderowania na prawej stronie.

Więc co z tym dialektycznym fantem zrobić? Filipkowie czmychają z Sejmu na posiedzenie wyjazdowe swojej partii. Zachowanie identyczne, jak blokada trybuny sejmowej przez Samoobronę, acz czytać ją należy a rebours. Co zresztą poświadcza spostrzeżenie, że taką oto mamy klasę polityczną: Filipkowie z PiS.

Już swego czasu Filipkowie taki numer odstawili, który przeszedł do annałów sejmowych pod hasłem "300 zł". Wzięli diety za posiedzenie, na którym nie byli.

Teraz zapowiadają ustami Adama Hofmana, że szmalu nie wezmą. No, ten-tego. A dlaczego nie weźmiecie, w domu wam się przelewa? Filip wystawi wam usprawiedliwienia nieobecności, kasa się przyda.

Taką mamy klasy polityczną. Bez klasy. Filipkowie, którzy zapowiedzieli w ten sposób rządzącemu Tuskowi: "Wersalu nie będzie". Jeszcze jeden cytat z rzecznika Filipków (ten od penisa): "Władza i tak ma większość, przegłosuje, co chce".

Gdyby Filipek nie powiedział tej głębokiej myśli, nie wiedziałbym, że Tusk ma większość. Nawet nie wiedziałbym, że ustrój parlamentarny wymaga większości i aby rządzić, trzeba przegłosować swoje ustawy. Hofman - Filipek złotousty.

PiS kolejny raz knoci przestrzeń polityczną, nie staje do żadnej odpowiedzialności, do żadnej debaty. Czmychają Filip ze swoimi Filipkami.

niedziela, 8 września 2013

Kaczyński jak oficer polityczny oskarża bez dowodów


Jarosław Kaczyński byłby dobrym prokuratorem - nawet szczebla krajowego, acz nie generalnym - a Antoni Macierewicz oficerem śledczym. Z początku wiele spraw by przegrali, byłaby nadzieja, iż z czasem potrafiliby gromadzić materiał dowodowy, interpretować go i na tej podstawie formułować oskarżanie. Nauczyliby się porządnie przynajmniej jakiegoś fachu.

Niestety są politykami, a w polityce wszystko można powiedzieć, największe brednie, co skutkuje zainteresowaniem mediów, bądź zaserwować populistyczne hasła, na lep których łapią się co bardziej bezkrytyczni wyborcy. W prawie obowiązuje fachowość, w polityce niemal wszystko można wypuścić ustami, a te opary cytatów i komentarzy wędrują po łamach i stronach internetowych.

Więc mamy Kaczyńskiego polityka, a gatunkowo politycznego prokuratora. Kiedyś w wojsku podobną rolę spełniał oficer polityczny, który pilnował zgodności dyrektyw partyjnych z realizacją ich w karnych szeregach.

Prokurator polityczny zaatakował otoczenie prezydenta Bronisława Komorowskiego i głowę państwa. Stygmatyzował ich pracą w WSI, filii rosyjskiego wywiadu, bądź w PZPR. Jak to prokurator stanął przed publiczną ławą przysięgłych wyborców i rzekł: "z faktami trudno dyskutować".

Ani gen. Stanisław Koziej, ani Tomasz Nałęcz, ani głowa państwa, nie są faktami, to są ludzie, którzy potrafią się bronić. Kaczyński zaś faktów nie przedstawił, tylko "bezdyskusyjność", a to dlatego, jak wyżej napisałem, nie potrafi gromadzić materiału dowodowego, bo nie jest fachowcem prawa, ale politykiem, który może wypowiedzieć wszelką brednię.

Gdyby Polska była normalnym krajem, a przynajmniej gdyby normalna była klasa polityczna, Kaczyński za takie "prokuratorskie" insynuacje zostałby wezwany przez pomówionych na wokandę sądową. I pewnie tak by się stało, mimo naszej "nienormalności", ale Kaczyński tak zniszczył sferę publiczną, iż z powodu tych pomówień nie wychodziłby z sądu. Musiałby w nim biwakować. Więc wszyscy mu odpuszczają.

Na plus Kaczyńskiego należy zaliczyć, że dobrze sprawuje się, jako oficer polityczny, gdyż jego karne szeregi są wprzęgnięte w dyrektywę partyjną. Rzecznik PiS Adam Hofman powtórzył słowa prezesa toczka w toczkę: "To nie jest kwestia oskarżenia, ale faktów".

Kaczyński w swoim wojsku jest w randze generała politycznego, marzy o marszałku, gorączkuje wraz z jadącą w górę temperaturą sondaży.


niedziela, 1 września 2013

Kaczyńskiego marzenia o specyficznej Bawarii


W polityce wakacje się skończyły, bo wrócił Jarosław Kaczyński. Wrócił do "kraju kryzysu", do "chorego systemu", gdzie się "generalizuje" uważając "polityków za oszustów". Co jest prawdą, ale są też "dobrzy politycy". I w swej szczodrobliwości prezes PiS do tych dobrych siebie zaliczył.

Kaczyński wrócił z nowymi metaforami, z Koreą Południową i Bawarią. Korea Poludniowa leży hen daleko i tubylcy na Podkarpaciu niewiele o niej wiedzą, więc przemawiając do nich Kaczyński tę metaforę szybko porzucił, skupił się na Bawarii. Choć dzień wcześniej o Bawarii wspominał Mariusz Błaszczak, ale nie bądźmy tacy aptekarscy. Copyright ma prezes PiS.

Bawaria na Podkarpaciu powinna przemawiać do wyobraźni, bo wielu z Podkarpacia wyjeżdżało tam na saksy. Miejscowi więc mogli się dowiedzieć, dlaczego to Bawaria stała się taka bogata? O, nie, aby tam premierem był Kaczyński, bo wiemy, jakie zdanie ma o Niemcach. "Oni się oparli na swoich własnych specyficznych wartościach".

Z tego prosty wniosek: "My potrzebujemy władzy, która nie będzie walczyć ze swoją tradycją". Może Kaczyński zna "specyficzną" bawarską tradycję, obawiam się, że polskiej nie zna, albo nie chce znać.

Bawarską tradycją nie jest kołtuństwo, ale ta "specyficzność", a niestety Kaczyński, który od 1989 roku jest tym działającym "dobrym" politykiem w polskiej polityce, dał się poznać jako kołtun, wywołującym "wojenki" na górze, aż doszło do wojny polsko-polskiej. Taki fundnął nam wewnętrzny pokój - "specyficzny" i tradycyjny. Nie usłyszałem jednak, jak chce przez tradycję dojść do nowoczesności, nawet przez "specyficzność".

Gdyby tradycja była drogą do bogactwa, nowoczesności, to wiele narodów doszłoby do niej, bo jest zacofanych w swojej tradycji. W Polsce wystarczyłoby zagnać ludzi do kościołów, bo to podobno nasza tradycja, religię zrobić przedmiotem maturalnym, bo wiadomo: jak wiara poszerza wiedzę, naukę.

Chyba, że ta Bawaria zafunkcjonowała nieprzypadkowo. Z podświadomym odwołaniem do puczu z 1923 roku. Jeżeli niechcący Kaczyński się sformatował, bo "Tusk musi odejść", niech prezes PiS poprosi jakiegoś następcę Zygmunta Freuda, aby mu wytłumaczył, dlaczego powołał się na ten niemiecki land. Bo ja nie wątpię w "specyficzność" prezesa.

sobota, 24 sierpnia 2013

Kaczyński w wyborach prezydenckich może liczyć na bankową porażkę



Jarosław Kaczyński ma kłopot. Nie ma kogo wystawić w wyborach prezydenckich. Pozostaje mu jedno - samemu w nich wystartować.

Jakiś czas temu prezes PiS zasugerował, iż kandydatem jego będzie Piotr Gliński (prof.), ale podobno w badaniach pracowni Millward Brown ten może liczyć tylko na 4%. Rozpoznawalność żadna. Gliński nie wypromował się przez Alternatywy, ani nawet przez tablet, gdy prezes na trybunie sejmowej dał głos swemu kandydatowi na parapremiera rządu technicznego.

Ta sytuacja nie powinna zanadto dziwić, Kaczyński nikomu już nie pozwoli, aby był twarzą PiS, a kimś takim mógł być Gliński. Parapremier był spychany na drugi plan przez Kaczyńskiego, a nawet gdyby nieopatrznie był bardziej rozpoznawalny, prezes wszystko by zrobił, aby go skompromitować.

Zresztą prędzej, czy później, Gliński urwałby się z łańcucha Kaczyńskiego, gdyż ani nie wierzy w Smoleńsk, ani nie wyznaje populistycznych wartości pisowskich.

Kaczyński zatem musi się szykować na kolejną porażkę, bo z Bronisławem Komorowskim tylko to go czeka.

Do takich informacji dotarł dziennikarz  "Newsweeka" Michał Krzymowski:
Plan ze startem Glińskiego stoi jednak pod dużym znakiem zapytania. – Jeśli Solidarna Polska dostanie się do europarlamentu, to Gliński nie będzie mógł kandydować – stwierdził niedawno prezes PiS w jednej z prywatnych rozmów. - To logiczne. Jeśli Solidarna Polska prześlizgnie się przez wybory europejskie, to Ziobro pozostanie w grze i będzie kandydować na prezydenta. A Gliński jako były członek Unii Wolności i aktywista ruchów ekologicznych miałby z nim poważny problem. Szczególnie wśród słuchaczy Radia Maryja i wyborców skrajnie prawicowych - mówi polityk, który uczestniczył w tej rozmowie.

Ta sama pracownia Millward Brown przeprowadziła badania, jak dzisiaj wyglądałyby wybory prezydenckie. Dla PiS wyglądają jak katastrofa: Bronisław Komorowski – 50 proc., Zbigniew Ziobro – 11 proc., Janusz Palikot – 6 proc.., Leszek Miller – 5 proc., Janusz Korwin Mikke – 5 proc., Piotr Gliński – 4 proc. i Janusz Piechociński – 3 procent.

Jeden z polityków PiS miał powiedzieć:
 Prezes nie powiedział tego wprost, ale zrozumiałem, że, jeśli zawczasu nie zabijemy Solidarnej Polski, to nie będzie miał wyjścia i sam będzie musiał stanąć do tych wyborów.

Z niecierpliwością czekam na kolejne porażki Kaczyńskiego. Cieszą one, jak mało co w polskiej polityce.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Tusk i Kaczyński jako taksówkarze


Premier Norwegii Jens Stoltenberg usiadł za kierownicę samochodu i przez jeden dzień robił za taksówkarza. Woził Norwegów i turystów po Oslo, kasując za kurs, ile taryfa wybiła. Choć miał na nosie ciemne okulary, bywał rozpoznany, bo obcując nos w nos z telewizorem, nawet kamuflując się, jak antyterrorysta, szefowi rządu trudno ukryć swoją tożsamość przed elektoratem.

Powód: bliżej ludzi? Nie! Wybory już 9 września. Czego się nie robi i mówi w czasie kampanii wyborczej. Resory sondażowe Partii Pracy lekko siadły, słupek poparcia spadł, Stoltenberg rządzi już 8 lat, więc wyborcom się opatrzył.

Przypomina to coś? Jasne. Ale u nas do wyborów jeszcze szmat czasu, Donald Tusk rządzi już 6 lat. Ale kto wie, jak zachowa się w kampanii wyborczej. Poprzednio jeździł tuskobusem, może przesiądzie się na taksówkę. Lecz opozycja nie będzie próżnować.

Gdyby Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się zrobić do tego czasu prawo jazdy i nauczył się parkować przy Nowogrodzkiej, to taki wjazd taksi na Wiejską mógłby mu przysporzyć tych potrzebnych procent, aby samodzielnie rządzić, bo nikt z PiS nie wejdzie w koalicję.

No, a co stałoby się z ochroną, która prezesa rocznie kosztuje przeszło milion zł. Wszak czterech drabów nie posadzi na tylnym siedzeniu. Jest to wbrew prawu, a gdzie miejsca dla pasażerów.

Jako że Kaczyński boi się zamachu na swoje życie, mógłby po Warszawie jeździć czołgiem, ochroniarze robiliby za załogę. Żart? Ależ nie. Gdy myśli się o silnej Polsce, kraj potrzebuje silnej armii, Kaczyński jako czołgista "Rudego", a za Szarika mógłby robić jego kot, albo Adam Hofman.

Radzę polskim politykom przyglądać się kampanii i wynikom wyborów w Norwegii. Jeżeli Stoltenberg zostanie premierem na kolejne cztery lata, nie zawracać sobie głowy PR-owcami, bo wymyślą to, co inni wymyślili. Szkoda szmalu, budżet ledwo zipie. Jest nadzieja, że niektórym politykom tak spodoba się szoferowanie, że nie zechcą wrócić na Wiejską.

wtorek, 30 lipca 2013

Sasin został z dyshonorem. Co z nim zrobi?


Czy Jacek Sasin okaże się niepokornym posłem PiS i nie przeprosi prezydenta RP Bronisława Komorowskiego za słowa, które z taką ochotą przekazał w wywiadzie bardzo - ale to bardzo - obiektywnej gazecie "Nasz Dziennik". Słowa te pochodzą z trzeciej ręki - a dokładnie ucha - bo słyszał je ktoś, kogo świadek obrony Sasina, Maciej Łopiński, nie chciał wydać w sądzie.

Honorowi są Sasin i Łopiński rozpowszechniający plotki. Bo ten świadek, którego nie wydali nazwiska, mógł też słyszeć z innych ust, a tamten jeszcze od kogoś innego. Wychodzi na to, że ulubionym zajęciem posłów PiS jest analiza plotki w wywiadzie dla bardzo - ale to bardzo - rzetelnego "Naszego Dziennika".

Dla pamięci - owe słowa wypowiedziane przez Komorowskiego: "Lecha nie ma, ale został ten drugi" i zripostowane przez Radosława Sikorskiego: "Mamy jeszcze jedną tutkę". Jakoby miało to się dziać podczas mocno zakrapianej imprezy.

Honor prezydenta został odebrany, lecz sąd oddał mu honor, zostawiając Sasina z dyshonorem. Honor jest zero-jedynkowy. Pytanie: czy Sasin z dyshonorem przeprosi pierwsza głowę RP, który czasami ją zakrapia i czy Sasin będzie trzymał się swojej niepokorności. Mam nadzieję dowiedzieć się na ten temat z kolejnego wywiadu dla bardzo - ale to bardzo - rzetelnego "Naszego Dziennika".

Gdyby bookmacherzy przyjmowali zakłady na "przeprosi Sasin - nie przeprosi Sasin prezydenta Komorowskiego" uwzględniłbym swoją decyzję od casusu Rokita-Kornatowski i postawiłbym na komornika.

Polecam Sasinowi Perugię, w ciepłych krajach lepiej pielęgnuje się niepokorność, a przy okazji patriotyzm. A propos "drugiej tutki". Nigdzie nie mogłem doczytać, czym poleciał Jarosław Kaczyński do Gruzji. Czyżby to była tajemnica państwowa, aby służby Putina nie strąciły prezesa.

Nie doniósł tego na Twitterze niepokorny reporter Ryszard Czarnecki, ulubiony poseł nieżyjącego Andrzeja Leppera, a jedynie analizował "wspólne doświadczenia obydwu narodów Gruzji i Polski". A jakie to doświadczenia? "Myślimy podobnie o rosyjskim zagrożeniu".

Myślałem, że prezes PiS poleciał do Tbilisi po najwyższe odznaczenie tego kraju Order Zwycięstwa (nad Rosją - mój przyp.) św. Jerzego. Wiadomo, że Kaczyński ma największy wkład w zwycięstwo w Gruzji - i słusznie św. Jerzy mu się należy.

W każdym razie polska polityka kwitnie, kwitnie niepokorność polityków i reporterów. A Perugia kwitnie jeszcze bardziej, polecam ją Sasinowi, który może tam zaleczyć swój dyshonor. Rokita przetarł ścieżki.

niedziela, 28 lipca 2013

Bierecki staje się głównym krupierem na prawicy


O. Tadeusz Rydzyk znalazł się w finansowych objęciach SKOK-ów, wstąpił do kasy Stefczyka, co skutkowało przyznaniem promesy kredytowej w wysokości 15 mln zł. Jan Dworak i KRRiT nie mogli się oprzeć, aby nie przyznać koncesji na multipleks cyfrowy dla TV Trwam.

Senator PiS Grzegorz Bierecki, założyciel SKOK, wieloletni prezes tej kasy, a obecnie szef rady nadzorczej, staje się głównym rozdającym, krupierem prawicy. I z pewnością wpłynie na kształt biznesowy imperium Rydzyka.

Pod jego pieczą pozostaje także tygodnik "Sieci". Co przedstawia niezbyt różową przyszłość dla innych medialnych projektów prawicy. Szansę uratowania się ma tygodnik "Do Rzeczy", bo jest w platformie Michała Lisieckiego, z czasem jednak może dojść fuzji z "Wprost", obydwa tygodniki ostatnio znacząco dołują. Niepewna jest przyszłość TV Republika, która po euforycznym początku, spuszcza z tonu. Inwestorem medialnym nie mogą być dla kanału informacyjnego spółki Sakiewicza, gdyż brak w nich wystarczającej kasy.

Bierecki wykorzystał szansę, aby mieć pod sobą kiepsko radzące media prawicowe. Jak w każdym tego rodzaju wypadku o powodzeniu decyduje kasa. Pod jego presją może (i musi) ewoluować TV Trwam, ale i będzie się rozrastała. Nieprzypadkowo Rydzyk bąkał o kanale dla młodzieży i proporcjonalnej ilości mediów do populacji katolików.

Bierecki już w tej chwili jest głównym rozdającym kasjerem na prawicy, a w zasadzie krupierem. Został szefem WOCCU (Światowej Rady Związków Kredytów), sekuratyzuje swoje długi, są zarządzane w zagranicznych enklawach podatkowych.

To patriotom może się nie podobać, ale jak mówi w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej", który w całości ukaże się w poniedziałkowym wydaniu gazety: "Jeśli podkreślamy swą polskość, to powinniśmy chodzić w łapciach i lnianych koszulach?"

Łapcie pozostawia dla Sakiewicza i TV Republika. Rydzyk zawarł świetny interes finansowy, o kasę więc nie musi się martwić, a o politykę także, gdyż to on zarządza dużą częścią owieczek (elektoratu) PiS i Jarosława Kaczyńskiego.

Co się stanie, gdy Bierecki zechce wyjść z cienia, przestać być szarą eminencją? Mają o czym myśleć o. Rydzyk i Kaczyński.

niedziela, 14 lipca 2013

Kościół jest w Polsce jedynym Dzierżyńskim systemu wartości



O. Tadeusz Rydzyk po otrzymaniu koncesji na multipleks cyfrowy musi przeformatować cele dla swojej owczarni, aby chodziła w procesjach po ulicach polskich miast w "obronie imperium medialnego". Niezbyt ostro brzmiały słowa redemptorysty: "to, że powiedzieli, że dadzą miejsce na multipleksie, nie oznacza, że tak będzie". Zwłaszcza, że wcześniej przyznanie multipleksu dla telewizji Rydzyka zostało nazwane przez niego samego "cudem".

Na Jasnej Górze zgromadziła się pielgrzymka Rodziny Radia Maryja. Dużo szerszą wizję dla owczarni roztoczył miejscowy abp Wacław Depo, do którego pielgrzymka przybyła: "My w Polsce nie uczymy się takiej schizmy, która chce odebrać Kościołowi realny wpływ na życie wiernych."

Cóż ta schizma miałaby oznaczać? Przecież nie rozłam w łonie Kościoła. Niepodzielnie wszak rządzi w nim o. Rydzyk za pomocą swojego imperium medialnego, a taki ks. Wojciech Lemański to zaledwie wyrzutek (sztuk: jeden), czarna owca kleru.

Jeżeli wczytać się w słowa abp. Depo, szybko dochodzi się do konstatacji, że chodzi o schizmę Kościoła i Polski. W kraju są tacy, którzy chcą rozdzielić Kościół od państwa. Na to Kościół mówi: nie.

Wsparcie hierarcha dostał od pielgrzyma Jarosława Kaczyńskiego, który przyjechał na błonia Jasnej Góry, gdyż tyle koczuje tam elektoratu. Nie można go zmarnować. Przypomnę, że prezes PiS domaga się wpisania do preambuły Konstytucji RP o roli tradycji Kościoła i katolicyzmu, jako nierozdzielnej od państwa. W czym przypomina innego patriotę Edwarda Gierka (prezes PiS tak nazwał I sekretarza KC PZPR w czasie kampanii prezydenckiej 2010 roku), ten też chciał wpisać w 1976 roku "wieczystą przyjaźń z ZSRR".

Kaczyński nie zawiódł hierarchów i rządzącego Kościołem o. Rydzyka, sformułował kolejne zdanie, które powinno być wpisane do leksykonów retoryki politycznej: "Nie ma Polski bez Kościoła, bo Kościół jest jedynym dzierżycielem systemu wartości, który Polacy znają".

Pisząc prostymi słowy: Kościół jako jedyny dzierży (trzyma) system wartości. Chwyci nas w imadło swoich wartości, bo innego dzierżyciela nie znamy. Znowu odbija się ta czkawka z historii, w której byli jedyni dzierżyciele, a Dzierżyński tak lingwistycznie się dopasowuje.

Nic nie przekłamię, gdy strawestuję Kaczyńskiego i napiszę zamiast prezesa precyzyjniej niż on powiedział (przecież nie czytał z kartki): "Kościół jest w Polsce jedynym Dzierżyńskim systemu wartości".


poniedziałek, 8 lipca 2013

PO po Elblągu


Platforma po Elblągu powinna czuć dyskomfort, choć przegrana nie jest nazbyt wielka, wziąwszy jednak pod uwagę, jaki wynik osiągnęła w poprzednich wyborach, Donald Tusk nie powinien spać spokojnie.

Nie powinien czekać, aż Wilk z Kaczyńskim przekopią Mierzeję Wiślaną, bo dopiero nas zaleje. Nie tylko IV RP, ale ta odnowa Polski - o której mówi prezes PiS - której narracja wycofuje nas ze świata, z UE, z realnej geopolityki.

Na razie PO trafił szlag, wielu politykom tej partii łomot się przyda. Przede wszystkim z tego wstrząsu powinien skorzystać Tusk, skonstruować własną narrację polityczną, bo ta obecna kapie - albo nie - jako ciepła woda z kranu. Narracja ma być żywa, z wizją, przede wszystkim nie winna być kontrnarracją do PiS. Kaczyński wycofał Macierewicza do drugiego szeregu, sam zasznurował się na "gadanie smoleńskie" i już wbija inną wizję: "PiS może osiągnąć nawet 50-procentowe poparcie".

U Kaczyńskiego możliwości są najczęściej gołosłowne. Ale to Tusk w tej chwili odpowiada za kształt Polski i myślenie Polaków o samych sobie. Premier porusza się na twardym gruncie polityki, a nie na ruchomych piaskach kampanii wyborczej.

Ta gołosłowna metoda docierania do elektoratu musi być porzucona. Przyszłość kraju jest w rękach młodych Polaków, do nich należy dotrzeć. I wraz z nimi tę przyszłość planować. Wciągnąć ich w samorealizację i wypracować wraz z nimi narzędzia.

Przekonają się, co jest możliwe do zrobienia z największą ich bolączką: z bezrobociem. Młody człowiek nie może stać pod urzędem pracy, ale ten urząd kształtować. To nie tylko metafora. Docenić, co w tej sferze zrobiły dojrzalsze demokracje: niemiecka, brytyjska, amerykańska.

PO ma młodzieżówkę Młodych Demokratów, która winna wciągać rówieśników w rozważania o sobie i uzyskiwać narzędzia wpływania na władzę. Rozproszyć centrum władzy na pokolenia poprzez seminaria, wiece, a nawet kongresy młodych. Nie kontrmanifestować nawet do takich groźnych organizacji, jak ONR, od tego jest Bartłomiej Sienkiewicz.

PO po Elblągu nie ma czasu na ból głowy, pora na reaktywację, bo reakcja Kaczyńskiego może być, jak z owymi 50%, zjedzie do Wilka do Elbląga z ciężarówkami łopat i powie: - Ci, którzy głosowali na Wilka, niech przekopią Mierzeję, mimo braku zgody rządu, niech ich zaleje.

I nas zaleje.

sobota, 6 lipca 2013

Kaczyński zapowiada dokument, który przejdzie do historii Polski


Prof. Piotr Gliński w wirtualnej hierarchii Jarosława Kaczyńskiego awansuje coraz wyżej. Z parapremiera rządu technicznego do czasu objęcia rządów przez prezesa awansował na paraprezydenta Warszawy ("po drodze mogą być na przykład wybory w Warszawie"), a gdy zaliczy tę drogę - to kto wie - Gliński zaliczy paraprezydenta RP.

Układa się to w podobną karierę do Lecha Kaczyńskiego, na końcu Glińskiego czeka awans na parabrata, parabliźniaka. Taką alternatywę ma dla Polski prezes PiS. Przedrostek para- do czasu aż Kaczyński obejmie wszystkie funkcje naraz, gdyż w PiS jest człowiekiem nie do zastąpienia.

Zanim do tych wszystkich alternatyw-aktów z paraGlińskim dojdzie, przed końcem roku zapoznamy się z dokumentem, "który przejdzie do polskiej historii". Można się spodziewać - znając język prezesa - iż ten dokument to coś w rodzaju aktu chrztu Polski i wcale nie zdziwię się, że przybierze formę Dagome iudex, koniecznie z przedrostkiem para.

IV RP już mieliśmy, coś jak czasy Piasta Kołodzieja, Ziemowita, a czekają nas historycznie przemiany, które przejdą do historii. Albo Mieszka I - znając jednak rozmach Kaczyńskiego - można oczekiwać, że prezes PiS zmierzy się z historyczną wielkością Bolesława Chrobrego. Fajnie to nawet brzmi: Jarosław Chrobry.

Hola, hola, czy Lech nie był Chrobrym? No to Jarosławowi pozostaje Krzywousty. Czekają nas wielkie czasy, zanim jednak nastąpią, zapoznamy się z Dagome iudex PiS, który "przejdzie po polskiej historii".

piątek, 28 czerwca 2013

Spęd PiS w mieście Gierka z infekcją prezesa w tle


PiS miał całkiem dobry pomysł, aby zacząć swój spęd o krok przed Platformą, zawiódł jednak prezes. Nie dojechał, bo zainfekował. Kongres, na którym pierwsze skrzypce grają Błaszczak, Kuchciński, Lipiński, musi zawieść nawet zaprzyjaźnione media. I tak faktycznie jest, na portalu braci Karnowskich jeden tylko news z metaforą niepolską, acz przysposobioną do naszych warunków w narracji filmowej przez Kazimierza Kutza, iż Śląsk jest perłą w koronie. Takie dyrdymały godne czasów Gierka i miejsca, w którym kongres PiS się odbywa. Autorzy nie wiedzą, skąd zapożyczenie kulturowe.

Kongres PiS miał szanse przeminąć bez echa. Nie zawiódł mikrobloger Adam Hofman, który ćwierknął na Twitterze, prezes będzie jutro. Mikrobloger Hofman, który jest zwykle przypisem do epistoł prezesa, musi wierzyć w siłę ochrony prezesa, albo medyków, którzy czuwają nad postacią "przygotowującą się do przejęcia władzy".

Prezes Jarosław Kaczyński powodu przygotowań do władzy nie stawi się na sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, ale stawi się przed Kongresem. Na tej pierwszej wszak nie wybiera się prezesa PiS, więc prezes może infekować, na tej drugiej mimo infekcji należy się stawić, bo jak Kaczyńskiego można zaocznie wybierać na stołek Kaczyńskiego? Pewnie takiego punktu w statucie PiS nie ma: zaoczny wybór prezesa, który byle prawnik mógłby interpretować: pośmiertny wybór prezesa.

W pierwszym dniu Kongresu PiS wypracowano "nowoczesny" program dla Śląska. Program ten opiera się na wspieraniu górnictwa. Cały świat odchodzi od wydobycia kopalin, szczególnie tak nieekologicznych, jak węgiel, PiS idzie na przekór. Najpewniej ku tradycji. No, ale to PiS, na kongresie którego zabrakło zainfekowanego "nowoczesnego" prezesa. Drugi filar tego programu dla Śląską jest nawet ciekawszy od pierwszego dotyczącego tradycji, mianowicie: PiS stawia na śląską naukę, w tym medycynę.

Ślązaku, zachorujesz z powodu górnictwa, na ten przykład na pylicę, możesz liczyć na PiS, który stawia na medycynę. PiS cię wyleczy z pylicy, obyś tylko nie podłapał infekcji, bo nie jesteś prezesem. A nawet gdybyś podłapał infekcję, możesz liczyć na mikroblogera Hofmana. Odwoła twoja infekcję pylicą zanim zejdziesz.

PiS jest perłą w koronie polskiego Sejmu. W tym miejscu politycy PiS powinni podziękować Kutzowi, który przysposobił anglosaską metaforę do naszej narracji.

Oby Tusk, ani Gowin, nie zainfekowali przed spędem Platformy w Chorzowie, bo mikrobloger Graś zwykle zawodzi.

czwartek, 27 czerwca 2013

Pokraczności smoleńskiej ot tak nie można wyeliminować

Prokuratorzy wojskowi rozwiali wątpliwości, co do trotylu na smoleńskim tupolewie. Nie było tej substancji powstałej w równoległym umysłach polityków z misją i takiż publicystów.

Po tym komunikacie winna iść polityczna robota, której cel to odwrócenie tendencji zwichrowania umysłów licznej grupy Polaków. Nie chodzi o rozum Jarosława Kaczyńskiego, ani też Antoniego Macierewicza, on im się zwinął w konkretnym celu.

Głos zajął Donald Tusk z nadzieją, że to koniec "afery trotylowej". Premier skierował swoje słowa do tych, "którzy tę awanturę rozpętali, by równie głośno, jak krzyczeli w sprawie wybuchu i w sprawie trotylu, żeby równie głośno przeprosili tych wszystkich, których obrazili".

Kaczyński nie przeprosi, bo zajęty jest przygotowaniem do przejęcia władzy, a Macierewicz musiałby się przyznać do wieloletniej roboty za bezdurno sejmowego zespołu i tzw. ekspertów.

Smoleńsk wykreował alternatywną rzeczywistość, dowartościował trzeciorzędność - pokraczność, która wydaje się być trwałą cechą charakterologiczną. Z jej powodu doszło do hekatomby w Smoleńsku.

Skutki tej pokraczności należy eliminować z umysłów Polaków. Pokraczność powstaje w niedojrzałych umysłach, zmniejsza się wraz z dojrzewaniem do urządzeń cywilizacyjnych i nowoczesności. Może za kilka pokoleń będzie jej mniej. I takie zdarzenia jak Smoleńsk nie będą miały miejsca.

Może.