Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uważam Rze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uważam Rze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

Piński, bohater naszych czasów z Sevres



Jan Piński, naczelny "Uważam Rze", który podobno ze swej szlachetności nie pobiera pensji za pełnienie tak odpowiedzialnych obowiązków redakcyjnych, wpisuje się w normę, która od pewnego czasu obowiązuje w polskiej żurnalistyce. Jest tej normy wzorcem i mógłby spokojnie - gdy już upadnie tygodnik Grzegorza Hajdarowicza - zasiąść w Sevres jako wzorzec.

Piński podjął się zadania ponad swoje siły, co świadczy o jego ambicji, ale braku orientacji właściciela wzmiankowanego tytułu, z determinacją jednak dąży do celu, który nawet średnio zorientowanym w biznesie medialnym podpowiada, jaki on ostatecznie będzie.

Piński wykazuje wolę, której można tylko pozazdrościć. Komornik zjawił się w jego robocie w "Uważam Rze" (a są to zaszłości z pracy w TVP) i usłyszał: Penelopa. Komornik nie był jednak Ulissesem, dlatego usłyszał, że Piński zarabia w wydawnictwie, którego nazwa pochodzi od imienia żony władcy słynnej Itaki, cieniuśko - 150 zł. To kim jest Piński? Zalotnikiem? Chyba tak, zaleca się publice swoją ubogością.

W każdym razie komornik dowiedział się, że Piński nic nie zarabia jako naczelny w "Uważam Rze" i w dwóch innych pismach dla szachistów, gdzie jest nominalnie naczelnym. Ki diabeł, dziennikarz Judym ten Piński? Czy ta metaforą obrażam Pińskiego? Tak, bo Judym ciut więcej zarabiał, a Piński tylko 150 zł, które wystarczą na suche bułki i to tylko na tydzień. Reszta miesiąca o wodzie z kranu.

Przestrzegam, to nie jest asumpt do tego, aby określać go jako wzorzec z Sevres. Ten wzorzec w Pińskim odezwał się, gdy owo Pińskiego judymostwo-zalotnictwo-ulissostwo opisał Wojciech Czuchnowski w "Wyborczej".

Piński wpadł w obowiązującą sztancę (wzorzec z Sevres) polskiej żurnalistyki na określonej stronie politycznej. Piński spokojnie przebił niejaką Dorotę Kanię, która jest ledwie prekursorką, podróbką, tombakiem w stosunku do Pińskiego. Ona jak prawdziwa Zosia samosia dochodzi swego sama wertując wszelkie akta w IPN-ach. Piński wiedzę chce posiąść z pierwszej autorskiej ręki. Przesłał do Czuchnowskiego trzy pytanie: 1) Czy był informatorem Służby Bezpieczeństwa; 2) Czy po SB współpracował z Urzędem Ochrony Państwa; 3) Dlaczego zrezygnował z tej współpracy?

Pytania tak skonstruowane, żeby na nie odpowiedzieć po kolei, w każdym poprzednim musi być odpowiedź: tak. Trzy pytania: 3 x tak.

Piński wnosi nową jakość, przede wszystkim jako ideał, wzorzec. Wybierając się do Paryża, będę chrzanił Luwr, od razu jadę do Sevres, oglądać polski wzorzec - Pińskiego. I to niedługo.

niedziela, 18 listopada 2012

Marsjańskie jaja z polskich ofiar


Nie rozumiem postawy właściciela i prezesa "Rzeczpospolitej" Grzegorza Hajdarowicza, który chciał sprawdzić wiarygodność źródeł dziennikarza Cezarego Gmyza po publikacji o trotylu na tupolewie. Gmyz mu ich nie podał, został potraktowany, jak każdy kumaty biznesmen winien z nim postąpić, zaznał dobrodziejstwa bezrobocia. Nie rozumiem, iż odpowiadając własną kieszenią za wydawnictwo, Hajdarowicz dopuścił do takiej publikacji, która mogła przewrócić Polskę. To jest dla mnie kluczowe, nie rozumiem Polaka w Hajdarowiczu, który pozwolił, aby porządek państwa jego i mojego (nie wiem, kto tak naprawdę w kraju identyfikuje się z suwerenną Polską) zawisło na domniemaniu prawdomówności źródeł Gmyza.

Dziennikarz może sobie chronić kogo chce, sprawa jest zbyt poważna, aby działała w tym wypadku ochrona źródeł. Każdy poważniejszy od kauzyperdy prawnik wyśmieje prawo, które jakoby w tym wypadku miało działać. Zresztą ciekawe byłoby rozstrzygnięcie sądowe i wykładnie prawne. Ale Gmyz i środowiska go popierające tego nie zrobią. Za wiele w nich rozsądku nie ma, ale aż tak nierozsądne nie są.

Nie rozumiem, dlaczego właściciel godził się na taki, a nie inny skład zespołu redakcji. Czyżby wcześniej nie czytał tej gazety, która traciła od lat autorytet, acz chwaliła się sukcesami. Tworzenie nowego bezkrytycznego czytelnika należy najwyżej do osiągnięć inżynierii społecznej, która miała zaspokajać potrzeby jednej partii.

Nie rozumiem wiary Hajdarowicza w redakcję, która zawiodła go do dzisiejszej sytuacji, iż musi bronić własnego biznesu, samemu bawiąc się w redaktora i publikując "Całą prawdę o trotylu". Jarosław Kaczyński z tego powodu nie zewrze szeregów i wraz z Antonim Macierewiczem z samego rana po publikacji nie ogłoszą, iż nie obowiązuje formuła "zbrodnia niesłychana", a inna mickiewiczowska "miłujmy się".

Na rzecz "zbrodni niesłychanej" pracowano wytrwale od daty 10.04.2010, do tego stopnia, że 36% niezorientowanej populacji Polaków dopuszcza "zamach smoleński". Sukces? Ogromny. Zdrowe to, jeżeli zestawi się z rozsądkiem i jako takim krytycyzmem?

"Nie można nie wykluczyć zamachu". "A najazd Marsjan?" Taki gdzieś dialog wyczytałem związany z powyższymi sprawami. W ten sposób dorobiliśmy się w kraju "zielonych ludzików", którzy nie tylko nie wykluczają, ale żyją w rzeczywistości alternatywnej i chcieliby zastąpić realność tu i teraz. W pozorach może łatwiej żyć, ale i wartości są pozorne. Zresztą ci polscy Marsjanie lubią szperać w realnych (naszych) leksykonach i co ciekawsze (najwartościowsze) rzeczowniki i przymiotniki asymilować. Do takich należy np. patriotyzm.

Czy przez naczelnego "Uważam Rze" Pawła Lisickiego przemówił Marsjanin? Dla mnie tak, tyle w tej wypowiedzi nierzeczywistości, chciejstwa, iż stwierdzam: przed wizytą człowieka na Marsie zawitali na ziemi (na razie tylko w Polsce) Marsjanie. Przypomnę, iż tytuł "Uważam Rze" należy też do właściciela "Rzeczpospolitej", Hajdarowicza. Wracając do Marsjan. Cóż takiego rzecze Lisicki na portalu wPolityce? Ano, "Grzegorz Hajdarowicz stał się uczestnikiem walki politycznej i wciągnął "Rzeczpospolitą" w niekończącą się awanturę". Jedna cecha języka marsjańskiego już może być opisana: "oczywista oczywistość".

A niby czym jest dziennikarstwo w "Uważam Rze", a wcześniej w "Rz"? To nie była awantura smoleńska - bo ciągle to clou polskiej polityki - w której zestawiało się równoprawnie quasi-ekspertów "macierewiczowskich" z rzeczywistymi ekspertami z komisji Jerzego Millera. To jest gorzej niż awantura, bo po 1) nieodwracalne spustoszenie w umysłach niektórych czytelników, 2) pozór wartości stawiano naprzeciw wartości.

To tyle co do awantury, Hajdarowicz stara się ratować swoją substancję biznesową - "Rzeczpospolitą" (moim zdaniem nie do uratowania), a Marsjanin, który tę awanturę prokurował od przeszło dwóch lat, zachowuje się, jak klasyczny złodziej: "Łapaj złodzieja!" Lisicki zrobił z Hajdarowicza awanturnika. A trzeba było nie kupować takiego podejrzanego biznesu, jak "Rzepa" - można dzisiaj radzić Hajdarowiczowi.

No, ale biznesmen medialny ma w portfelu i na utrzymaniu "Uważam Rze" z Marsjanami. Wyrzucić Marsjan, to trzeba na ich miejsce przyjąć innych. A kto będzie chciał przyjść do takiego tygodnika?

Można wybrać najłatwiejszą opcję: sprzedać tygodnik. Ale kto zechce kupić? To jest siła Lisickiego, z tej pozycji negocjuje, zarzucając swemu chlebodawcy "awanturnictwo". Czegoś Lisicki się nauczył. Co w tej sytuacji może podjąć Hajdarowicz? Gdybym miał tyle szmalu, co on, zlikwidowałbym tygodnik z dnia na dzień. Strata oczywista, ale przynajmniej nie byłby wyzywany przez kogoś pozostającego na utrzymaniu, iż jest awanturnikiem.

Odsyłam zresztą do tego wywiadu Lisickiego, w którym jest wszystko. Niekompetencja żurnalistyczna, biznesowa (nie rozumie biznesu, a mówi o nim), prawna i logiczna.

Tomasz Lis pisze o tym, co się dzieje w mediach Hajdarowicza i popełnił - a może nie - językową pętelkę: "chcą postawić pana Hajdarowicza do konta". Naczelny "Newsweeka" "apeluje" o solidarność dziennikarską: "Jeżeli macie jaja, a nie wydmuszki, podajcie się do dymisji" (trawestacja moja). A jak zrobił Gmyz? Złożył zwolnienie, Hajdarowicz przychylił się temu, teraz Gmyz może chodzić po mediach i psioczyć, jaka mu krzywda się wielka stała. Jest duży odsetek populacji, którzy nadstawiają ucha kolejnej polskiej ofierze (co prawda, ofiara losu, ale zawsze ofiara). A być przy tym Marsjaninem, który ma jaja i zrobili z niego ofiarę - to byłoby coś. Oryginalny polski wkład w dziennikarstwo globalne.

Wystarczy namówić Krzysztofa Skowrońskiego, aby przyznawał polskie Pulitzery i tak rok po roku mógłby statuetką Marsjanina być nagradzany kolejny dziennikarz "Uważam Rze".

wtorek, 13 listopada 2012

Kaczyński i mis Yogi


W pewnym sensie uzależniłem się od Kaczyńskiego. Pewnie gdyby go nie było, byłby to ktoś inny. Ci inni mogą mieć pretensje do prezesa PiS, iż wypchnął ich ze sceny politycznej i z kręgu zainteresowań Polaków. Prezes PiS to taka celebrytka Natalia Siwiec z silikonem zamiast piersi.

Nie będę pisał o silikonie patriotyzmu Kaczyńskiego. Chociaż... Większość Polaków odczuwa potrzebę patriotyzmu, aby dać folgę swym emocjom "pierwszym" (za: Henrykiem Berezą). Bo to łatwe, przyjemne, a przy tym czasami dowartościowuje. Można poczuć się Kmicicem, a nie Kuklinowskim. Lubimy przyssać się do wspólnych wartości, które wypracowali najlepsi. Lubimy possać te wspólne dobro, ten sutek narodowy.

No, ale jak się czujesz, gdy pod spodem czujesz silikon, a nie materię pożądaną? Hę? Wzmożenie spada - w każdym razie w moim wypadku - narzędzia twórcze i prokreacji przechodzą kryzys.

Taki mniej więcej patriotyzm serwuje rodakom Kaczyński. Siwiec i bez silikonu jest interesującą kobietą, a prezes PiS? Hm.

Polska scena polityczna jednak jest tak nieatrakcyjna, że z pożądaniem wyglądam silikonu prezesa. Zwykle nie zawodzi - i dowartościowuje takich uzależnionych, jak ja.

Prezes ostatnio nagminnie udziela wywiadów, w których nie mówi niczego nowego. Przyznam mu jednak "plusowy plus", a nawet ocenę bardzo dobrą, że o katastrofie smoleńskiej nie mówi dyplomatycznie, jak jakiś Radosław Sikorski. Mówi wprost: "zbrodnia niesłychana".

Tak też w ostatnim wywiadzie dla "Uważam Rze" uzasadnia teorię dwóch wybuchów. Mianowicie, gdyby ich nie było, tupolew by się wbił w ziemię, a nie rozpadł na części elementarne, by nie powiedzieć podstawowe: atomy.

Mam podobne wrażenie i po raz pierwszy zgadzam się z Kaczyńskim. Taki sam ze mnie teoretyk, też oglądałem filmy z misiem Yogi, który spadł z wysokiej wysokości (na filmach rysunkowych nie pokazują mierników i nie badają czarnych skrzynek), wbił się w ziemię i nie zabił, ale za to powiedział do Donalda i zgrai: - Ja wam pokażu!

Coś w tym stylu. I tyle są warte analizy awiacyjno-pirotechniczne prezesa. Ale tenże miś Yogi mógłby siąść przed telewizorem, w którym występował w roli głównej i spojrzeć na inną produkcję intelektualną klasy C, czy też D. Ładunek trotylu wniesiony przez terrorystów (o pseudonimach Putin, albo Tusk) robi tylko wyrwę w poszyciu, dekompresję. Samolot się nie rozpada. Wówczas należy szybko pilotem przełączyć się na inny kanał, na którym samolot w drobiazgi się rozpada, jak tupolew w Smoleńsku. No, ale na tym kanale tupolew został potraktowany rakietą ziemia - powietrze,

I takich Kaczyński powinien trzymać się zeznań w "Uważam Rze" i innych mediach, gdzie opowiada, jako ekspert o katastrofie smoleńskiej. A przy okazji uczyć się, np. z lektur Zbigniewa Brzezińskiego, wybitnego polityka i politologa, a przy tym patrioty i Polaka. Może następnym razem ten Jankes polonijny nie powie, że to jest "wstrętne".