niedziela, 9 września 2012

Kluzica jako archanioł



Były aniołek Jarosława Kaczyńskiego ma zostać aniołem stróżem Jacka Rostowskiego w ministerstwie finansów, piszę o Joannie Kluzik-Rostkowskiej. Informacja jest krótka, autorem jest portal Wprost. Indagowana nie potwierdza, nie zaprzecza. W języku logiki politycznej jest to potwierdzenie, ale polska polityka jest alogiczna, więc - nie wiem, nie wiem.

Po kiego taki pies, ni wydra w finansach? Wszak to specjalistka od rynku pracy. Zdaje się, że o kompetencjach przeciwnych pracującym tam urzędników. Rostowski to dusigrosz, a rynek pracy raczej domaga się wkładu pieniędzy przez państwo. Chyba, że anioł “Kluzica” - tak ją kiedyś zwano - ma być stróżem innego porządku politycznego. Nie finansowego - bo Rostowskiemu tylko Balcerowicz może podskoczyć - ale medialnego i antypisowskiego. Kilka dni temu Rostowski musiał prostować Beatę Szydło z PiS, której pokićkał się rating z rentownością obligacji. Po co Rostowski ma zajmować się przedszkolem wiedzy o ekonomii.

A może też chodzić o Solidarną Polską, o której mówił Jarosław Kaczyński w sali BHP Stoczni Gdańskiej, stawiając niesolidarnie Polaka przeciw Polakowi (takie: nikt nie wmówi, ze białe...itd.). Donald Tusk chce mieć kogoś wiarygodnego, kto powie, że w kryzysie musimy solidarnie zaciskać pasa, a nie rozdawać - jak prezes PiS - który przez to chce szybciej uzyskać syndrom grecki i węgierski.

Możemy sobie spekulować. Na razie Kluzica wystawiła nos medialnie, a już wszyscy sobie przypomnieli, że Tusk odstawił ją na boczny tor. To znaczy przypomnieli sobie ci, którzy z polityki rozumieją tyle, co z historii Kaczyński w sali BHP SG. Tylko dureń polityczny konsumowałby taką zdobycz. Tusk był syty, teraz potrzebuje kalorii. Wystawia więc słoninkę i czeka na następne myszki. Myszka ma zgłodniałym głosem wołać o pomoc inne głodne myszki, a gdy wreszcie dobro zostało w pułapce wystawione, pozostałe (Kowale, Poncyliusze, Migalscy) może przybiegną.

Czy tak jest? Pewnie, że nie. Nasi politycy i komentatorzy o takiej, a nie innej inteligencji, podobnie będą kombinować, bo taki, a nie inny mają elektorat. Nie za dużo mamy wiarygodnych polityków. Tusk musi kilku ministrów wymienić, wzmocnić swój głos medialnie i być przekonywający, a Kluzica może się przydać, jako archanioł z mieczem na PiS, bo i tacy występują w ikonografii chrześcijańskiej.

Debata z nagonką


Krótka konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego po recenzji ministra Jacka Rostowskiego, w której spointował, że dzieło jakim było kotrexpose prezesa, będzie kosztowało - bagatela! - 54,5 mld zł, jest typową ucieczką do przodu.

Prezes tym samym przyznał, że jego propozycje ekonomiczne nie są poważne, tylko partyjne.

Po kiego zatem kontrexpose, gdy zaprasza się ekonomistów na debatę gospodarczą?

Och, jest w tym przemyślny cel, gdy dało się ciała w dętym wystąpieniu własnym. Kajać się Kaczyński nie potrafi, bo ma taki elektorat, który wznosi do niego błagalne (patriotyczne) ręce. Musiał z tego jakoś wybrnąć, więc zrobił polowanie ekonomistów z nagonką. Mają gonić Tuska, bo nikt poważny nie zajmie się “programem gospodarczym” Kaczyńskiego.

Przemyślna zatem jest debata ekonomiczna i przemyślny czas, a przede wszystkim cel. No i przemyślna lista ekspertów, którzy zostali zaproszeni. Przepraszam: którzy mają być zaproszeni, bo odczytane nazwiska ekonomistów zostały bez ich wiedzy na liście umieszczone. Praktyki Kaczyński kolejny raz zaskakują, jak ból spróchniałego zęba.

Wbrew pozorom nie jest to defensywne zachowanie Kaczyńskiego, a przejście do ofensywy, oto atuty, które zyskuje, a tylko jeden traci.

Traci - bo jego kotrexpose okaże się śmieszne i w debacie ekonomistów nie będzie zbytnio poruszane.

Zyskuje - ekonomiści zajmą się polityką gospodarczą Rostowskiego i Tuska. A będzie ona oceniona wielce krytycznie.

Zyskuje - ekonomiści wypracują ze dwa modele ekonomiczne w tej chwili istotnie ważne dla Polski: monetarystyczną (Balcerowicza) i keynesistowską (nazwijmy umownie: Gilowskiej).

Zyskuje - wiarygodną amunicję na debatę sejmową o projekcie budżetu, który spłynie do Sejmu. Kaczyński darmo ma argumentację, którą rozpisze na głosy posłów PiS, sobie zostawiając clou: “Tusku, musisz odejść”.

Problem będzie z ekonomistami, bo nie wiadomo, czy w tym składzie zechcą się spotkać, na liście zaproszonych ekonomistów jest zdecydowana większość miłośników PiS.

A gdzie Rostowski? Nie ma go, bo rządzi. Debata jest pomyślana jako debata z nagonką na Tuska.

Podsumowując: po fatalnym expose prezesa jednak jest onże w ofensywie, bo bilansuje mu się stan polityczny na 3:1 do przerwy.

Mecz jest jednak dla Kaczyńskiego przegrany - tak czuje mój nos - ale na debacie ekonomistów może wygrać Polska.

Przypowieść o Salomonie Kaczyńskim


Nikt, kto pozostawał przy jako takich zmysłach słuchając kontrexpose Jarosława Kaczyńskiego, nie mógł nie docenić jego realności. Marzenia są piękne, ale nie w polityce, w której stąpa się z rozwagą po twardym gruncie rzeczywistości, aby nie upaść, bo - trzeba postawić jeszcze jeden i jeden, następny krok. Opozycja nie musi kroczyć, nie rządzi. Opozycja wkłada siedmiomilowe buty i „se” skacze.

Poskakał sobie Kaczyński i wpadł do ogródka: „Polakom się należy”. Porozdawał wirtualnie każdemu, co by ten chciał. Z wirtualnością jest tak, że otrzymujący wirtualne dobra nie musi dziękować, bo ich faktycznie nie ma. Otrzymujący (realnie) zwykle pyta: jak mam się odwzajemnić.

Kaczyński dał (wirtualnie), Polak jednak pyta się: czym mam się odwzajemnić? Kaczyński w swoim kontrexpose ubiegł wszak Polaka i odpowiedział, że nic. Co na takie dictum mógł pomyśleć przeciętny Polak? Coś w tym stylu: Kaczyński to Salomon.

Ale nasz Salomon ma w kraju opozycję i jednak usłyszał, że chcą mu wyliczyć (Tusk z Rostowskim), ile będą kosztowały Polaków jego prezenty? Jak to mądry Salomon, szybko przebrał się w strój Mikołaja i powiedział, że nic nie będzie kosztowało, dobrobyt jest za friko.  Po stronie „ma” i po stronie „winien” są podobne wartościowo liczby, więc wychodzi na ekonomiczne zero. Nie ma manka, ani debetu. Budżet bilansuje się.

Ale Rostowski to niewierny Tomasz. Przedstawił liczby, z których mu wyszło, że dobrobyt nie jest za friko, a tym bardziej upadek (piramida finansowa) i kosztuje to „prezesie Salomonie Kaczyński 54,5 mld zł”.

Jak może teraz postąpić Salomon Kaczyński? Czy znajdzie się w kropce? Nie! Salomon postąpi, jak Salomon. Wezwie dwie matki (tę prawdziwą i tę podszywającą się za rodzicielkę).

Nie wiem, kto będzie robił za matkę, a kto za macochę (Tusk, czy Rostowski, a może ktoś, kto jest prezesa alter ego)? Położy przed matkami dziecko (Polskę) połowie: dzielę po sprawiedliwości. Jedna część dla liberałów, druga dla patriotów.

Jak zachowa się matka, której demokratycznie przyznano rodzicielstwo? To jedno pytanie. A drugie: czy Salomon nie zechce wejść w kolejną rolę (już był Mikołajem) i nie przebierze się w szaty Heroda? Hę?

czwartek, 6 września 2012

W tym kraju - budżet na 2013 rok



Czy polityka i gospodarka muszą się rozłazić w przeciwne strony, jak to jest w Polsce? Opozycja traktuje to rozdzielnie, na coś podobnego nie może sobie pozwolić rząd. Ale czy na pewno?

Donald Tusk i Jacek Rostowski przedstawili założenia budżetowe na przyszły rok. Usłyszeliśmy dużo słów, a niewiele konkretów - na nie przyjdzie czas, gdy projekt budżetu spłynie do Sejmu. W przeddzień ministrowie usłyszeli, że tyle nie dostaną, ile by chcieli. To stara śpiewka posiedzeń rządu przy takich okazjach. Niemniej ministrowie wiedzą więcej od nas, jak pieniądze zostaną rozdzielone. Nam na razie pozostają domysły.

Założenia budżetowe na rok 2013 dotyczą wzrostu gospodarczego na poziomie 2,2%. Na tej podstawie Rostowski obliczył, że do kasy państwowej spłynie niemal 300 mld zł bez drobnych groszy po przecinku, za to państwo wyda 334,84 mld. Czyli deficyt w przyszłym roku wzrośnie o 35,6 mld zł.

Tyle liczby, które niewiele mówią, ale już wkurzają. Deficyt rośnie w takim samym tempie jak dotychczas. Będzie musiał być finansowany, więc mamy go podany bez odsetek, które trzeba będzie wypłacić rynkom finansowym. Dalej się zadłużamy w takim samym tempie.

Takie ma pojęcie o budżecie rząd, czyli bardzo optymistyczne. Realistyczne bądź pesymistyczne oceny mają ekonomiści, już w drugiej połowie roku zakładają spadek wzrostu gospodarczego do 2%, a następny rok tylko 1,5%. Według tych prognoz przychody do budżetu należałoby zmniejszyć o kilka miliardów.

Z budżetem też wiąże się - a społecznie to jest najważniejsze - wzrost bezrobocia. I w tej kwestii także rząd swoje, ekonomiści swoje. Rząd przewiduje wzrost bezrobocia do 13% w przyszłym roku, ekonomiści, którzy rynek czują bez presji podobania się społeczeństwu - 15%.

Tusk nie wdawał się w ocenę “expose” Kaczyńskiego, zdawkowe je nazwał “groźnymi pomysłami”. Wyliczenie tych pomysłów ma przedstawić Rostowski: “grożne” to znaczy kosztowne.

W Sejmie można więc spodziewać się budżetowej debaty na poziomie jaskiniowym. Media wychwycą co smaczniejsze kąski. Dla polityki nie będą niczego wnosiły, dla gospodarki jeszcze mniej. Opozycja może się pysznić, że oni chcą dobrze i wiedzą, jak owo “dobrze“ osiągnąć. Niestety, my tego się nie dowiemy.

Czy nie mogłoby być w tym kraju (celowo tak piszę, bo Polska nie jest troską u polityków, a tylko hasłem, zawołaniem bitewnym), jak w każdym innym, że rządzący i opozycja konfrontują swoje pomysły. Jeżeli opozycji są lepsze i rokują ciekawsze nadzieje, to dlaczego rząd miałby z nich nie skorzystać? Opozycji nie ubędzie, a nawet przeciwnie - przybędzie, bo ludzie zapamiętają i na tych przewidujących głosy oddadzą.

No, ale my jesteśmy w Polsce (w tym kraju), rząd wie lepiej niż opozycja, a opozycja wie, że rząd (bądź państwo) jest słabe. Tak nigdzie nie robi się polityki, tylko w tym kraju. Opozycja - jak rząd - została wybrana w wyborach powszechnych i nie po to, aby przeszkadzać, ale pracować dla dobra tego kraju (Polski). Można być w przeciwnych obozach ideowych, ale fechtować winno się na argumenty. Na pewno tego się nie osiąga za pomocą kontrexpose.

Kończąc. Jeżeli ekonomiści mają rację, w następnym roku wydatki budżetowe trzeba będzie nowelizować, a następnie je ciąć. Polakom niewiele da, że ktoś miał rację i powie: - A nie mówiłem!

wtorek, 4 września 2012

Następny do expose



Znamy datę następnego expose i nie będzie ono w wykonaniu Donalda  Tuska. 16 września wygłosi mowę następny premier, Leszek Miller. Tak dziwnie się składa, że nie znamy daty poprawkowego expose miłościwie nam panującego premiera Donalda Tuska, zdaje się, że przypadnie jako ostatniemu w kolejce. Przed nim wszak może być jeszcze jeden premier z expose Waldemar Pawlak. Mam nadzieję, że na tym lista się zakończy, chyba, że w proroczej epifanii Janusz Palikot siebie potraktuje jako premiera in spe.

Miller wyszedł także z oryginalnego pomysłu, aby expose wygłosić poza Sejmem. Staje się to polską specyfiką. Gmach przy Wiejskiej jest traktowany jako miejsce do retorycznej bijatyki, plemiona partyjne okładają się po czerepach słownymi maczugami. Następnie prezesi – już w randze premierów – przechodzą do swoich siedzib i wygłaszają górnolotne mowy. Zaczynają od niskiego krytykowania Tuska, łajania go za wszelkie zło, następnie przechodzą do górnolotnego: co Polakom i Polsce się należy. Owo „należy” są w stanie zrealizować tylko oni. Po czym przedstawiają program do realizacji.

Expose Millera pewnie równie będzie błyskotliwe, jak Kaczyńskiego. Kilka punktów expose już przeniknęło poprzez mało szczelną siedzibę partyjną. I tak: Miller chce sięgnąć do głębokich kieszeni najbogatszych, opodatkować krezusów 50% ich urobku. Czyli zabrać połowę. Miller ma też pomysł z VAT, aby rozliczać go na poczekaniu, z chwilą zapłaty za fakturę. A z bezrobociem wśród młodych chce walczyć w sposób godny socjalisty: „pakiet startowy dla młodego pokolenia na rynku pracy”. Co to znaczy, nie wiem. Może wręczenie pieniędzy na własny biznes: startuj i nie zawracaj starszym głowy.

Jacek Rostowski jeszcze nie policzył, ile kosztowałyby pomysły Kaczyńskiego, gdyby je wprowadzić w życie, będzie musiał następnie zająć się kosztami z expose Millera. Jak Miller zamierza przejąć władzę, nie wiadomo. Po coś to expose wygłosi, wszak to atrybut premiera. Wiemy już, jak zamierza przejąć władzę Kaczyński. Prezes PiS ujawnia to w rozmowie z „Wprost”: powołać rząd pozaparlamentarny.

Miller też wygłosi expose poza Sejmem. Czy tez powoła rząd pozaparlamentarny? Ale kim taki rząd będzie rządził? Może nie starczyć narodu dla Tuska, Kaczyńskiego i na dokładkę Millera.



poniedziałek, 3 września 2012

Problem z Tuskiem


Problemem polskiej polityki wcale nie jest Jarosław Kaczyński, a jego antagonista Donald Tusk. Prezes PiS, jak w kontrexpose, wygłosi szlachetne potrzeby kraju, komentatorzy poznęcają się nad nimi - i wracamy do realnej polityki.

A rządzi Tusk. Najprawdopodobniej w najbliższym czasie tak pozostanie. I pozostaną realne wyzwanie, nad którymi ma władzę szef PO. Albo zostaną one rozwiązane, albo dalej będą się odkładane ad acta, medialnie tylko odświeżane, bo jakiś poseł pracuje nad projektem ustawy, albo - to wynalazek PO - partia ma dwa projekty w tej samej kwestii i do tego wykluczające się.

Tusk nie może powiedzieć, że kryzys przejdziemy suchą stopą opodatkowując transakcje bankowe. Banki sobie poradzą, zdrożeją opłaty za operacje finansowe, kredyty będą droższe. Podatek zostanie przeniesiony na klientów, czyli nas Polaków. Problem z bankami rozwiązać można prawem bankowym. Czy polskich prawników stać na zupełnie nowe prawo, które nie byłoby legislacyjnym bublem? Śmiem wątpić.

Tusk nie może powiedzieć, że populację zwiększymy poprzez zafiksowanie macierzyńskiego od chwili poczęcia, bo żadne dane demograficzne tego związku nie potwierdzają. Więcej rodzi się dzieci w krajach biedniejszych i jeżeli wierzyć danym GUS, wzrasta polskie PKB, bogacimy się. W tych cywilizowanych krajach, które mają większe PKB od naszego, troską rządu są ułatwienia w urlopach macierzyńskich, kontynuacji zawodu przez matki, dostęp do żłobków i przedszkoli.

Problemem nie jest szkoła i jej nomenklatura. Problemem dydaktycznym jest poziom w szkołach i przygotowanie młodzieży do wyzwań życiowych. Tusk nie może zawracać sobie głowy, aby w szkołach była przekazywana wiedza: czy Polska zaistniała przed Chrystusem, czy po Chrystusie. Premier powinien rozważyć - a następnie szturchnąć ministra - aby młody Polak miał pojęcie, jak poruszać się na rynku pracy, a jeżeli te umiejętności posiadł: jak nie dać się wrobić w depozyty Amber Goldu, czyli posiąść wiedzę ekonomiczną. W razie spadku zaufania do tutejszego rynku finansowego, porozumieć się z bankowcem w global lingua.

To Tusk zmaga się z deficytem budżetowym i cięciami budżetowymi, bo te ostatnie niewątpliwie w najbliższym czasie zostaną poczynione. Premier nie może sobie fantazjować z wydatkami państwa na potrzeby socjalne, to Kaczyński w ciągu kilkudziesięciu minut kontrexpose może wydatkować kilkanaście miliardów wirtualnych złotych. Takie pragnienia na szczęście nie kosztują. Płaci się za rzeczywistość.

Problemem polityki polskiej nie jest Kaczyński, prezes PiS to twórca. Nie zawsze oryginalny, bo powtarza kwestie, kopiuje się. Ofiarowuje nam marzenia, które nic nie kosztują, wyabstrahowują nas z rzeczywistości. Czy jesteśmy przez to bogatsi wewnętrznie, nie wiem. Można się nad nimi zadumać, ale problemem jest Tusk. Jeżeli Tusk nawet poradzi sobie z problemami (w co szczerze wątpię), które przed Polską są do rozwiązania, nadal będzie problemem.

Tusk nie ma następcy, przerósł polityków. W polityce nie ma próżni, Tusk wiecznie nie będzie rządził. Problemem jest Tusk, co i kto po nim?


sobota, 1 września 2012

Oszroniony Kaczyński


W najbliższych dniach Jarosław Kaczyński będzie zewsząd wyglądał. Wiadomo - ma ochotę przejąć władzę. Taką pewność ma np. były agent CBA, a dzisiaj poseł PiS, Tomasz Kaczmarek (Tomek). Podzielił się swoją prognozą z Onetem.

Najwartościowsze - pod względem chciejstwa prezesa - będzie jego expose. Wywiady z nim już się sypią, jak z rogu obfitości. W "Naszym Dzienniku" (gdzie zapowiada ujawnienie nowych faktów ws. Smoleńska), we "Wprost". Prezes nie omieszka dać głosu w swoim organie "Gazeta Polska Codziennie".

Będzie go pełno, radzę nie zaglądać do lodówki, oszroniony Kaczyński stamtąd też wyjrzy. Nie zaproponuje niczego nowego, odgrzane kotlety o Tusku i słabym państwie, o gospodarce patriotycznej, o braku wolności zgromadzeń i mediów (a będzie się gromadził w brunatnych marszach). Znane powszechnie brednie w zaplutym opakowaniu.

Sondaże nie będą mu chciały rosnąć, jak ostatni TNS (40:29 dla PO). Tak będzie wykręcał kota ogonem, jak we "Wprost". Uznał, że krytyka abp Józefa Michalika za Smoleńsk nie była wymierzona w niego i PiS.

A w kogo? Michalik wszak powiedział, że Smoleńsk jest traktowany w "kategoriach politycznego interesu". Drogi części Kościoła rozchodzą się z Kaczyńskim, pozostaje jednak ten dla niego najważniejszy: depczący po Krakowskim Przedmieściu. Kościół radiomaryjny z wiarą smoleńską.

Jesień będzie gorąca, ale nie Kaczyński będzie sprawcą wysokiej temperatury. On naprawdę odchodzi, kompletnie się zużył. Już się nie liczy. Groźniejsza jest "Solidarność", bo będzie miała wyraźne żądania socjalne, a kryzys puka do Polski coraz głośniej.