Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2013

Mętna wojna na Platformie - dogrywka

W strukturach dolnośląskich oficjalna wojna w dwóch odsłonach odbyła się w sobotę, wygrał ją harcownik Donalda Tuska, Jacek Protasiewicz. A że jest to teren (był) Grzegorza Schetyny, uchodzącego za nr 2 (acz odsuniętego) w partii rządzącej, można było się spodziewać, że pokonany nie zadowoli się zapewnieniem zwycięzcy, że Tusk dla niego coś ma.

Dwa dni później nagranie korupcji politycznej w PO publikuje "Newsweek", medium wszak liberalne, a zatem zbliżone to Tuska, bądź szerzej: Platformy. Poseł PO Norbert Wojnarowski za głos na Protasiewicza chce przekupić delegata Edwarda Klimka, proponuje synekurę w KGHM.

Klimka nie dał się przekupić, pisze oficjalne oświadczenie. Ale Rafał Grupiński - szef Klubu parlamentarnego PO - na Twitterze jest za powtórzeniem zjazdu dolnośląskiej PO, stronnik Schetyny.

Portal naTemat.pl (własność Tomaszów Lisa i Machały), który wie co w "Newsweeku" piszczy, o dotarciu nagrania korupcyjnego w PO tak pisze: "Można się spodziewać, że za jego powstanie (nagrania - przyp. mój) i upublicznienie odpowiadają ludzie Grzegorza Schetyny". A korupcja polityczna była przewidziana przez schetynowców, aby w razie przegranej mieć argumenty za powtórzeniem wyborów na Dolnym Śląsku, bo w ten sposób skompromitowany Protasiewicz nie wystartuje.

Zatem schetynowcy podrzucili nagranie, a "Newsweek" chyba miał świadomość, że to ich robota, a nie jakiegoś dziennikarza śledczego.

Tyle da się odczytać z drugiej części wojny - dogrywki - w PO. Bardzo mętnej wojny i to prowadzonej w mediach. Walczące strony podrzucają nagrania, piszą na Twitterze, a my tylko możemy się domyślać, jak pozycjonowane są wojska.

Najświeższa wiadomość jest taka, że poseł PO Jakub Szulc z Dolnego Śląska złożył do Biura Krajowego PO wniosek o unieważnienie sobotnich  wyborów. O tym jak będzie, zadecydują władze PO na jutrzejszym posiedzeniu.

Jakakolwiek decyzja zapadnie, mętna wojna domowa w PO rykoszetami jej odłamków trafi w premiera. To samobój, może coś więcej, strony zaś poczynają sobie nieczysto.

niedziela, 27 października 2013

Okładka "wSieci": oczywista oczywistość


Sporo trzeba mieć złej woli, aby w zdjęciu zamieszczonym na okładce nowego numeru "wSieci" dopatrzeć się tylko zadowolenia w postawie Donalda Tuska i takiegoż u Władimira Putina.

Spójrzmy na to zdjęcie szerzej. Choćby tak, że w uchwyconym w głębokim profilu Tusk przejawia poprzez gest zaciśniętych pięści determinację, a Putin jest sceptyczny, a może nawet wyrażający postawę: co mam z tym fantem zrobić, hekatombą lotniczą.

Bez uprzedzeń, złych emocji, dystansując się od poglądów. Trudne? Jeżeli tak, to indoktrynacja emocjonalna zdemolowała niejednego Polaka.

Groźne naprawdę są dopiero słowa Jacka Karnowskiego, które zamieszcza już w tytule króciutkiej zapowiedzi: "Dogadani?"

Po cholerę ten znak zapytania. Oczywista oczywistość przesłania. To jest groźne w pisaniu Karnowskiego. Nie będę znęcał się nad jego warsztatem dziennikarskim i operowaniem znaczeniami w języku polskim, najwyżej średnia krajowa: "im dłużej patrzymy na połączone wyraźną nicią porozumienia twarze Donalda Tuska i Władimira Putina, tym przerażenie jest większe". Redaktorze, pióro nigdy nie będzie twoją silną stroną.

Dominika Wielowieyska czuje się okładką "wSieci" uderzona obuchem i dopatruje się podprogowego przesłania: "Tusk z Putinem zamordowali 96 osób z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele".

Przepraszam, a inne przesłanie w prawicowych tygodnikach było (w 3. tygodnikach - dla porządku)?. Nieumiejętność polemizowania - nawet przy założeniu, że mają integralne poglądy - wykuwana była przez 3 lata z okładem po Smoleńsku.

To jedyne przesłanie: "Dogadani?" Karnowskich, Ziemkiewiczów, Sakiewiczów. Nie przeszkadza im kompromitacja poszczególnych osób i elementów kuchni smoleńskiej. Zanim Macierewicz zracjonalizuje swoją wpadkę, oni już to wcześniej zrobili.

Czy w Polsce może się oczyścić ta zafajdana atmosfera posmoleńska? Obawiam się, że nie. Potrzeba jakiejś silniejszej hekatomby niż w Rosji, aby zostały rozwiane smoleńskie mgły, w których błądzą (och, cynicznie, cynicznie) redaktorzy takich wstępniaków, jak ów komentujący fotografię Tuska i Putina.

Kłopotliwym zaskoczeniem jest najnowszy sondaż TNS Polska, aż o 9 punktów procentowych przewagi Platformy (41) nad PiS. To nie tylko dar z Konferencji Smoleńskiej od Jacka Rońdy i Chrisa Cieszewskiego. Aż tacy rozrzutni nie są, to coś głębszego, zarazem niepokojącego. PO nic nie zrobiła, aby jej tak podskoczyło. Czy polityka to wybór między gorszym, najgorszym i jeszcze gorszym od najgorszego.

czwartek, 24 października 2013

Pikietowanie jako forma dialogu


Trzy centrale związkowe pikietowały własne posiedzenie w ramach Komisji Trójstronnej w Centrum Partnerstwa Społecznego "Dialog". Więc posiedzenie było Dwustronne, bo ta trzecia strona ma swój własny pomysł na formułę posiedzeń i procedury.

Za niski szczebel strony rządowej był w "Dialogu", bo tylko minister, a Piotr Duda, szef "Solidarności", który jest liderem nie tylko własnego związku zawodowego, ale i głosem dwóch pozostałych, chce sięgnąć wyżej, bo do premiera: "Rozmowy na temat postulatów są dla nas bardzo ważne i o każdej porze dnia i nocy jesteśmy gotowi siąść i rozmawiać, ale nie w formule Komisji Trójstronnej".

Duda chce rozmawiać z Donaldem Tuskiem nawet w nocy. Premier ma rzucić rządzenie, ciepłe miejsce w łóżku u boku żony i zająć się bezkompromisowymi postulatami Dudy.

A jakie są bezkompromisowe postulaty Dudy, który chce dojść do kompromisu z premierem nawet w nocy? Cofnąć wszystkie reformy pracowniczo-emerytalne, abyśmy znaleźli się lata wstecz, kiedy to wszyscy byliśmy szczęśliwi.

Po cholerę lata temu wymyślono tę formułę Komisji Trójstronnej, gdy budowaliśmy zręby kapitalizmu w kraju i tak naprawdę nie wiedziano, jak ugryźć tę nową rzeczywistość, gdy z takim trudem, z takimi niewiadomymi i - przyznajmy - niesprawiedliwością społeczną - budowaliśmy tę naszą niedoskonałą Polskę.

Duda jednak ma pomysł by cofnąć i chce tak naprawdę utworzenia Komisji Dwuosobowej On-Tusk. Przesadzam? Nie za bardzo. Bezkompromisowe postulaty, z których nie chce ustąpić i ściema, że chce debaty nawet w nocy z premierem, jest czystą polityką, a nie żmudnym wypracowywaniem jakiejś - podkreślam: jakiejś - sprawiedliwości społecznej.

Podobne zachowania odczytuję na blogu Andrzeja Celińskiego, który swego czasu był prominentnym politykiem, ale teraz mu się odechciewa. Wszyscy są "be", brzydcy, nie jest to Polska jego marzeń z 1989 roku. Cholera, nie jest. Ale jest o wiele lepsza niż w tym legendarnym roku. Czy Celiński codziennie wstaje lewą nogą - choć nie wiem, która w tej sytuacji jest dla niego felerna.

A dlaczego Celiński nie uderzy się w pierś i rzeknie: też moja culpa. Nawet gdyby to zrobił, to rzeczywistości nie zaklnie i to "se ne wrati". A może by razem tak mozolnie wziąć się do pracy i nie wyzywać "nawet w nocy" premiera na pojedynek słowny, bo nie na debatę.

Wszyscy budzą się z rękami w nocnikach i wszystkim się odechciewa. Nocnik raczej naczynie mało atrakcyjne dla ręki. A Dudzie nawet nie chciało się wejść na Komisję Dwustronną, aby stała się Trójstronną, bo on tylko z premierem. Odechciewa mu się "Dialogu", za to chce pikietować. Celiński też na blogu pikietuje własne osiągnięcia po 1989 roku.

poniedziałek, 23 września 2013

Tusk odzywa się za późno w sprawie kabaretu smoleńskiego


Donald Tusk mógłby spokojnie dzisiaj rządzić, gdyby nie zdarzył się Smoleńsk. Katastrofa dowartościowała PiS i jej lidera, który przed Smoleńskiem był taki sam, jak dzisiaj, niestety dzisiaj ma większe armaty polityczne - właśnie smoleńskie. Gdyby nie było Smoleńska, PiS skończyłby na elektoracie LPR - kilkunastoprocentowym - i to pod warunkiem, że partia Kaczyńskiego byłaby wspierana przez przyjaciela o. Rydzyka.

Gdyby nie doszło do Smoleńska, najprawdopodobniej Lech Kaczyński nie ubiegałby się o reelekcję, gdyż z powodu sondażów tuż przed zgłoszeniem do wyborów prezydenckich, kandydatura nieżyjącego prezydenta byłaby wycofana z powodu tylko kilkunastoprocentowego poparcia. Brat Jarosław bałby się kompromitacji, a przede wszystkim w PiS nie był wówczas tak silny, jak dzisiaj. Pisałem o tym przed Smoleńskiem.

Możliwym, iż zgłoszony byłby wówczas do konkurowania o Pałac Prezydencki najsilniejszy wówczas kandydat PiS Władysław Stasiak, szef Kancelarii Prezydenta. Pozostałoby w takich okolicznościach czekać na zmiecenie z prezesowania Kaczyńskiego, którego zastąpiłby Zbigniew Ziobro, bo tylko on był realnym zagrożeniem.

Dzisiaj to jednak gdybanie. Do Smoleńska doszło z winy strony polskiej, która za wszelką cenę chciała lądować. Na śmierci dysponenta tego tragicznego lotu PiS wzrósł w siłę, bo partia Kaczyńskiego przekuwa Smoleńsk na polityczne profity. Partia i media "smoleńskie", które bez względu na rozum mityzują owo zdarzenie.

Rzeczywistość to jednak nie mit, a namacalność społeczna i polityczna. Temu mityzowaniu nie potrafił przeciwstawić się Tusk. Już w pierwszy roku po katastrofie pisałem, iż należy znaleźć dla smoleńskiej narracji PiS - kontrnarrację. Kaczyński jest średniej klasy politykiem i ten dar z niebios - Smoleńsk - ratujący jego polityczną karierę będzie na wszelkie sposoby wyzyskiwał.

Kaczyński Smoleńsk wyzyskuje przy otwartej przyłbicy, jakikolwiek rozum nie ma dla niego znaczenia. Dopiero teraz odzywa się Tusk, a może to być za późno:
"Nie ma czegoś takiego jak komisja Macierewicza. Jest z całą pewnością trwający od lat niebezpieczny dla Polski i przynajmniej mnie mało śmieszący kabaret w reżyserii pana Antoniego Macierewicza. Ja odpowiadam za państwo, a nie za ambicje polityków, którzy są w stanie zrobić najdziwniejszą albo najbardziej niebezpieczną rzecz wyłącznie dla własnego interesu politycznego".

Dzisiaj ten kabaret jest dla sporej części Polaków  jedyną poważną rzeczywistością. Nie mają narzędzi mentalnych, duchowych, intelektualnych, aby zmierzyć się z nią. To w nich bezkrytycznych celował Kaczyński i trafił, są jego polityczną transzeją - ulubiona forma walki politycznej: obrona. Do nich nie przemawia śmieszność, bo w niej żyją, nie potrafią ocenić, na ile wiara w smoleńskie brednie jest karykaturą powagi.

Tusk się spóźnił w sprawie Smoleńska. kabaret Macierewicza jest odbierany, jako rzeczywistość. Co dalej? Nie trzeba bać się myśleć o popełnionych błędach, należy ten kabaret ukazać w jego śmieszności. Nie można tego zrobić poprzez jednorazowe nazwanie, nie można tego osiągnąć poprzez konfrontację - bądź odmowę - uczestnictwa w debacie zaproponowanej przez prof. Michała Kleibera.

Sprawa jest zbyt poważna, dotyczy nas wszystkich. Oddanie Polski w ręce kabareciarzy Macierewicza i Kaczyńskiego skończy się spektaklem, w którym na koniec będą gwizdać wszyscy, ale wówczas będzie za późno, bo znajdziemy się w okresie minionym, znajdziemy się w farsie. Oby w PRL-u. Podejrzewam, iż głębiej w historii, kiedy to Polski nie było na mapach.

Taki mniej więcej dzisiaj można odczytać sens Smoleńska i zabiegów polityczno-medialnych wokół tej tragedii.

poniedziałek, 16 września 2013

Rząd, związki zawodowe: pierwsze dni po protestach


Donald Tusk dla odpowiedzi związkowcom wybrał odpowiednią scenerię - zakłady zbrojeniowe w Siemianowicach Śląskich. Najważniejszy komunikat: silna Polska, koordynacja branży obronnej, która wytwarza nasz sprzęt i daje miejsca pracy w polskich zakładach.

Dopiero po tym, drodzy związkowcy - zdawał się mówić premier - powiem wam, że wy dbajcie o swoich działaczy, funkcjonariuszy związkowych, macie robotę, a ja myślę o bezrobotnych. Skutki zakazania umów śmieciowych, wycofanie się z poprawek do Kodeksu pracy, to zwiększenie bezrobocie.

Związkowcy myślą o sobie, Tusk o wszystkich Polakach. To jest płaszczyzna do dialogu. Premier: "jeśli ktoś nie chce rozmawiać, to ja go siłą nie doprowadzę".

Na posiedzenie Komisji Trójstronnej związki zawodowe zaprosił minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz. Natychmiast otrzymał negatywną odpowiedź Piotra Dudy (Solidarność), Jana Guza (OPZZ) i Tadeusza Chwałka (FZZ), iż żadne wstępne warunki nie zostały spełnione, jednym z nich jest zdymisjonowanie Kosiniaka-Kamysza.

Między "wódkę za zakąskę" próbuje się wmanewrować PiS, który w protestach związkowych nie brał udziału. Partia Kaczyńskiego wygrzebała badanie brytyjskiej organizacji Jubilee Debt Campaign, z którego wynika, że Polska pod koniec 2011 roku zajmowała 12. miejsce na 250 państw pod względem zadłużenia zagranicznego.

Ustami Ryszarda Czarneckiego i Mariusza Błaszczaka powiedziała językiem Kaczyńskiego: "miażdżące kłamstwo, megakłamstwo, megapropaganda". Cóż to jednak za usta Czarnecki i Błaszczak? Zdewaluować język potrafią, lecz i dlatego są niesłyszalni.

Pierwsze dni po warszawskich protestach to modlitwa na Jasnej Górze, gdzie Kościół jak jeden biskup poparł żądanie antyrządowe, bo to w jego interesie. Oraz okopanie się stron w transzejach swoich racji. Rząd jednak musi rządzić, pchać ten wspólny wózek ku przyszłości, z którego opozycja chce jak najwięcej uszczknąć dla siebie pod płaszczykiem troski.

sobota, 14 września 2013

Związki zawodowe upodmiotowiły się politycznie, a Duda stał graczem



Czterodniowy protest związkowców odniósł sukces, co trudno było przewidywać wcześniej. Liderom związkowym, a szczególnie Piotrowi Dudzie wyszło to, o co trudno było go podejrzewać. Odpolitycznił manifestację w tym sensie, że żadne partie opozycyjne nie odegrały szczególnej roli.

Duda odpolitycznił, aby sam stać się figurą polityczną. Zdaje się, że sobota przerosła jego oczekiwania. Pierwsze komentarze polityków i komentatorów nie skupiają się na tym, jak małe znaczenie mają związki zawodowe w gospodarce i życiu społecznym. Siłą jaką mieli Duda, Jan Guz (OPZZ) i Tadeusz Chwałka (Forum Związków Zawodowych), wyartykułowali o wiele więcej, bo uzyskali poparcie mimo uciążliwości protestów i nierealności żądań wobec rządzących.

Pod protesty próbował się podkleić PiS, ale wcześniej Jarosław Kaczyński dostał takiego prztyczka, iż odwołał marszrutę planowana na 28. września w sprawie niczego, bo kogo obchodzi w kontekście protestów związków zawodowych obrona TV Trwam, w istocie wyssana z palca.

Polityka nabiera rumieńców, czego - podkreślam - trudno wcześniej było oczekiwać. Donald Tusk nawet dostał terminarz ustosunkowania się, podpowiedź trybu negocjowania (powrót do Komisji Trójstronnej) i pokazano mu bata, strajk ogólnopolski.

Żądania związków zawodowych w większości są nie do spełnienia. Lecz nie chodzi o pełne spełnienie. Związki zawodowe politycznie się upodmiotowiły, szczególnie Duda. Przede wszystkim Tusk otrzymał w wyniku protestów przeciwnika, ale nie wroga, jakkolwiek protest w części był spektaklem - pomnik Tuska - to w porównaniu z protestami w dojrzalszych demokracjach - o, dziwo! - warszawski był Wersalem.

Na scenę polityczną wchodzi Duda, czy to nam się podoba, czy nie. Bo nie wszystkim się to spodoba. Na razie największym przegranym jest Kaczyński i PiS. A następny ruch jest po stronie Tuska. Premier ma szansę na pokazanie swojej wielkości, albo jej braku. Na scenie może - i powinien - pokazać się prezydent Komorowski. Polityka ma szansę zyskać na znaczeniu, być mniej nierealna niż dotychczas.

To może być szansa, iż wydobędziemy się z oparów domniemań, podejrzeń, a staniemy na twardym gruncie sprzecznych interesów, które zawsze można rozwiązać. Nie być wrogiem, a negocjującym przeciwnikiem. W tym także sensie protest jest sukcesem Dudy.

piątek, 13 września 2013

Tusk jako koń trojański, Papkin Kaczyński i Ulisses Duda


Donald Tusk nareszcie znalazł się w opozycji. Na razie jako kwalifikant, zaszeregował go do niej Jarosław Kaczyński, ale to już coś dla uszu. Prezes PiS powiedział: "My dzisiaj nie uczestniczymy w posiedzeniu (Sejmu), bo nie chcemy mieć nic wspólnego z tymi, których łączy jedno, że są w opozycji do PiS".

Z tego należy rozumieć, iż gdyby Tusk nie był w opozycji, byłby w PiS. I nie byłby wówczas w opozycji. No i by nie rządził. Paweł Wroński takie wystąpienia Kaczyńskiego nazywa "strumieniem świadomości". Pierwszeństwo tego rodzaju zapisu literackiego przypisuje się genialnemu Jamesowi Joyce'owi, a najsłynniejszym monologiem jest strumień świadomości Molly Bloom, bo przecież prezes nie jest tytułowym "Ulissesem".

Tym przebiegłym politykiem - wszak nie związkowcem - może stać się Piotr Duda, który pod Sejmem zbudował konia trojańskiego, pomnik Tuska. Kaczyński winien poprosić szefa "Solidarności" o takąż inwencję w stosunku do brata Lecha pod Pałacem Prezydenckim.

Pomnik Tuska media odnotowały i gdy obecnemu premierowi będzie on rzeczywiście kiedyś stawiany, przez artystów rzeźbiarzy trudny będzie do pominięcia, jako inspiracja. Taka jest sztuka, posiłkuje się tego rodzaju okruchami z rzeczywistości.

Kaczyński postąpił wbrew swojemu SMS-owi sprzed dwóch tygodni, w którym zabronił politykom PiS brania udziału w protestach związkowców. Poszedł po rozum do głowy, czyli wziął tyłek w troki, nie będzie grzał ław sejmowych i wraz z tą częścią ciała przyłączył się - jednak - do protestu związkowców.

Nie będę dociekał, dlaczego tak postąpił. Zdaje się, iż wyczuł, że Duda odejmuje mu splendor pierwszeństwa opozycji prawicowej. Mniejsza o przyczynę nieobecności w Sejmie, bo dzięki niej, co wrażliwsi mogli poczuć literackie (i nie tylko) konteksty i inspiracje.

Strumienia świadomości nie stosował hrabia Fredro, polskie śmieszności ubierał w rymy, dzięki czemu do dzisiaj możemy figury jego sztuk scenicznych znajdować w bieżącej polityce. Od kilku lat na naszej scenie politycznej jest grana "Zemsta smoleńska". I gdy grzebię w aluzjach (strumieniu świadomości) wychodzi mi, że w tej komedii Kaczyńskiemu najbliżej do Papkina, który zachwalał swoje czyny, jak prezes osiągnięcia IV RP, a nawet jest  gotów zapewnić każdego krokodyla populizmu (krokodyla daj mi luby).

Hrabia Fredro babrał się w naszych narodowych groteskowych trzewiach. Zmuszony został jednak do złamania pióra przez tzw. ówczesnych patriotów, którym nie podobało się, iż ośmiesza wady polskie, które dzisiaj - co wrażliwsi - mogli dostrzec na scenach warszawskich ulic.

wtorek, 10 września 2013

Protest związkowców z powagą klownów


Piotr Duda, szef "Solidarności", rozmywa cele kilkudniowego protestu w Warszawie. Komunikaty, jakie poszły w Polskę to "Tusk i rząd muszą odejść na śmietnik historii" i "Zwołujemy Parlament Narodu". Jest to zatem zamiar jawnego zamachu stanu, w wyniku którego zostanie wyłoniony nowy rząd przez Parlament Narodu.

"Solidarność" wraca do korzeni, a nawet bardziej. Głównym celem tej klasycznej z lat 1980-81 było wywalczenie sfery wolności w totalitarnym systemie, związek osiągnął w swoim najlepszym okresie siłę 10 mln członków.

Dzisiejsza "S" jest dziesiątki razy szczuplejsza w członków od tamtej, ale funkcjonariusze związkowi mają cele o wiele większe. Obalić opresyjny rząd liberalny (tak Duda postrzega rząd Tuska). Salę BHP Stoczni Gdańskiej zastąpi trawnik przed Sejmem przy Wiejskiej. Wybory do tego Parlamentu Narodu musiały przebiegać tajnymi kanałami, nic o nich nie wiedziałem.

Tak pokrótce da się opisać protest zaczynający się w środę. Na podstawie komunikatów, które sformułowane zostały przez Dudę w liberalnych mediach, należy mieć pretensje do jego PR-owców, że rozłożyli fatalnie akcenty protestu. Związki zawodowe póki co nie są kabaretem, mają swoje umocowanie w systemie demokratycznym i kanały dialogu z rządem i społeczeństwem (o ile te ostatnie jest zainteresowane).

Funkcjonariusze związkowi są od formułowania postulatów pracowniczych i ich realizacji w ramach siły ekonomicznej państwa. Tak to wygląda w demokracji. Chyba, że Duda nie uznaje wyborów demokratycznych narodu, gdy siłą kartek wyborczych padnie rządzenie na liberałów.

Pomijam kwestię, czy dzisiejszy rząd Tuska jest liberalny. Na marny kabaret, ba kiepski skecz klownów cyrkowych, wygląda ów Parlament Narodu. Zwłaszcza, że będzie obradował pod oknami Parlamentu RP. Nawet gdyby Dudzie udało się dokonać transferu posłów z Parlamentu RP do Parlamentu Narodu, ten ostatni twór nadal będzie miał powagę klownów.

poniedziałek, 9 września 2013

PiS mobilizuje się do referendum w sprawie odwołania HGW

Bastion PiS Podkarpacie obronił się przy 16 proc. frekwencji i bizantyjskiej pomocy posłów partii Jarosława Kaczyńskiego. Na pewien czas zapamiętamy dwa pojęcia z tej kampanii: Pupę Zdzisława i Penis Hofmana. Pojęcia, a nie nazwiska.

Takie komunikaty medialne wysmażyli sami pisowcy, a kolportowały media. Niewiele w tym polityki, a szkoda. Przynajmniej w wypadku Elbląga mieliśmy do czynienia z deklaracją przekopu przez Mierzeję Wiślaną.

Wrzesień nie będzie nudny, a wręcz gorący. Centrum uwagi skupi się na Warszawie, w której odbędą się protesty związków zawodowych i rydzykowo-pisowska kataliza w sprawie TV Trwam. Ojciec dyrektor nie jest jeszcze gotowy z nadawaniem w cyfrze, musi jednak trzymać swoich pielgrzymów w pogotowiu do marszrut, a Kaczyński deklarując wpisanie Boga do konstytucji zechce ten zbiór wyznawców przewekslować na PiS.

Ale i to nie będzie najważniejsze w obalaniu Tuska, a mobilizacja do referendum na 13 października, aby odwołać HGW. Przedsięwzięcia skrajnie trudne - że użyję jednego z ulubionych słówek prezesa - gdyż potrzeba aż 400 tys. głosów warszawiaków.

Odwołanie HGW się nie uda, w bastionie Podkarpacie poszło do wyborów tylko 16 proc., a w Warszawie, aby wrzucić kartkę wyborczą z "nie" nawet tylu nie uda się do lokali wyborczych. Jakikolwiek wynik będzie ważny, bo pójdą głosować niechętni prezydent Warszawy.

To będą komunikaty przeciw Platformie. Medialnie skuteczne, bo żerujące na lęku i gniewie. Nie będzie już wpadek z Lipińskim w jacuzzi i przyrodzeniem Hofmana, można liczyć tylko na prezesa. Ostatnio przestał zawodzić - zarówno w wywiadzie dla "Rz" i w Krynicy.

Aby się obronić przed PiS nie można tylko liczyć na Kaczyńskiego, Tusk winien formułować pozytywne komunikaty, wszak afirmuje swoje i PO rządy. Opozycja ma łatwiej, ale narzędzia władzy są w rękach premiera. Władza ma sprzyjać, a nie wskazywać wroga.

Nie może premier mówić, żeby nie iść głosować, wszak to nie jego teren, nie pójdzie do urny, bo to samo przez się rozumie. Jest w Warszawie słoikiem. Ten gorący czas należy przekuć na swoje kopyto. Narracja dla Polaków ma być pozytywna z wizją, lecz bez populizmu. Jeżeli naprawdę mamy do czynienia z końcem kryzysu, czyli z końcem pesymizmu.

piątek, 30 sierpnia 2013

Tusk może uniknąć Waterloo

13 października - dzień warszawskiego referendum. To dla Donalda Tuska data w ostatnim czasie najważniejsza. Tak samo, jak ostatnie wybory parlamentarne, a może nawet bardziej.

Dlatego już stosuje grę medialną. Ostrą, a może nawet brutalną. Wysłał dwa komunikaty. Jeden - nie idźcie na referendum. Drugi - HGW i tak zostanie, jeśli przegra, będzie zarządcą komisarycznym.

Co o tym myśleć? Przeciwnicy - powiedzą, że referendum jest dobrem demokracji. Ale demokracja jest grą polityczną. I tę zaproponował Tusk. W polityce ważna jest skuteczność, a w demokracji skuteczne zastosowanie najlepszych rozwiązań prawnych.

Zwycięzców się nie rozlicza. Tomasz Lis twierdzi, że ten polityczny dogmat jest autorstwa najgłośniejszego kanclerza III Rzeszy. Otóż nie. To określenie pada w biblii skuteczności politycznej: "Księciu" Machiavellego.

Tenże Lis twierdzi, że Warszawa tego październikowego dnia będzie dla Tuska Stalingradem. Nie odpowiada mi ta metafora, zbyt zawikłana. Bardziej wybór między dwoma bitwami napoleońskimi: Austerlitz, albo Waterloo.

Jeżeli ten dzień dla premiera miałby być dniem miasta walońskiego, to zapytam: kto byłby Bluecherem, a kto Wellingtonem.

I powiem tak: nie widzę. Tusk jest wyczerpany, jak cesarz francuski po marszu rosyjskim (Smoleńsk i nie tylko), nie może więc dopuścić do bitwy pod Lipskiem, nawet poświęcając księcia Pepi (HGW). Ma czas na skonsolidowanie szeregów i nowy zaciąg (rządowy). Wyrzucić Gowina, dogadać się ze Schetyną.

Bez Lipska nie będzie Waterloo. Albo inaczej: będzie to miasto walońskie, ale będzie miało zamierzony wynik, bo nie widać Bluecherów i Wellingtonów. Taka jest polityka: skuteczność osiągana poprzez eliminację wrogów, szczególnie we własnych szeregach.

Bez Waterloo nie będzie Elby, ani św. Heleny, bo tam zostałby zesłany przez Jarosława Kaczyńskiego po procesie smoleńskim, który przypominałby "toczka w toczkę" to, co wyprawia Janukowycz z Tymoszenko. Wygrana PiS - to kazamaty dla Tuska.

piątek, 23 sierpnia 2013

Drybler Tusk i Gowin w atakującej obronie

Donald Tusk fundnął sobie porażkę na własne życzenie. Ta porażka nie dotyczy tylko jego, ale partii rządzącej. Premier jest jednym z lepszych w kraju socjotechników, więc można spojrzeć na tę porażkę przez inny okular. Mianowicie, aby zapobiec głębokiemu kryzysowi, kryzys się wywołuje. Tusk świadomie go mógł wywołać.

Platforma w kryzysie jest od dawna. Do kryzysu programowego doszedł kryzys sondażowy - zarówno kiepskie notowania PO, jak i Tuska. Aby nie pójść na dno, wierchuszka PO wymyśliła wcześniejsze wewnętrzne wybory. Ktoś naprzeciw Tuska musiał (a w każdym razie powinien) stanąć. Wyzwanie podjął Jarosław Gowin. A mógł to zrobić jeszcze Grzegorz Schetyna. Można sobie wyobrazić, jak wyglądałaby dzisiaj Platforma, gdy ta trójka ścigała się o fotel przewodniczącego.

Kryzys programowy PO (niemożność przyjęcia ustaw in vitro, związków partnerskich, ustaw okołokościelnych, itd.) skutkował w sondażach i postrzeganiem Tuska, jako kiepskiego menadżera rządu i włości Platformy.

Tuska czeka jeszcze gorąca jesień. Tradycyjnie Kaczyński będzie deptał w miesięcznice smoleńskie ze swoim "zamachem" i mojżeszową "drogą do prawdy" przez pustynię "Wina Tuska", na domiar złego uderzą w rząd związki zawodowe i to centralnie, w Warszawie.

Tusk chciał legitymacji walczącego przed roszczeniami, a może nawet pozbycia się prawego skrzydła w Platformie, aby ono skonstruowało jakąś przeciwwagę dla PiS. W czasie kampanii wyborczej wszak Gowin skonstruował jakiś program republikański. Nieprzypadkowo "republika" w ustach Gowina tak silnie była artykułowana.

Gowin wraz z Przemysławem Wiplerem i Pawłem Kowalem mogą stworzyć cywilizowaną prawicę, która nie wyprze PiS ze sceny politycznej, ale partię Kaczyńskiego mogą osłabić.

Wszystko powyższe to tylko dywagacje i "pobożne życzenia". Znaczyłoby to, iż PO będzie przesuwała się w lewą stronę sceny, a przynajmniej liberalizmu, o którym w kraju już zapomniano. Bo tak naprawdę nie mamy lewicy, wszak SLD jest partią sentymentu PRL-owskiego.

Wybory w PO to był drybling Tuska - nadal w kraju na politycznym boisku jest Lionelem Messi - Gowin atakował, ale tylko na własnej połowie. Co to więc za atak, acz z takim przeciwnikiem może czegoś się nauczył i gdy stanie w walce z Kaczyńskim o ten sam elektorat (plus Wipler i Kowal), coś uszczknie z elektoratu "katolicko-patriotycznego". Coś. Wówczas mógłby ogłosić się zwycięzcą.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Tusk i Kaczyński jako taksówkarze


Premier Norwegii Jens Stoltenberg usiadł za kierownicę samochodu i przez jeden dzień robił za taksówkarza. Woził Norwegów i turystów po Oslo, kasując za kurs, ile taryfa wybiła. Choć miał na nosie ciemne okulary, bywał rozpoznany, bo obcując nos w nos z telewizorem, nawet kamuflując się, jak antyterrorysta, szefowi rządu trudno ukryć swoją tożsamość przed elektoratem.

Powód: bliżej ludzi? Nie! Wybory już 9 września. Czego się nie robi i mówi w czasie kampanii wyborczej. Resory sondażowe Partii Pracy lekko siadły, słupek poparcia spadł, Stoltenberg rządzi już 8 lat, więc wyborcom się opatrzył.

Przypomina to coś? Jasne. Ale u nas do wyborów jeszcze szmat czasu, Donald Tusk rządzi już 6 lat. Ale kto wie, jak zachowa się w kampanii wyborczej. Poprzednio jeździł tuskobusem, może przesiądzie się na taksówkę. Lecz opozycja nie będzie próżnować.

Gdyby Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się zrobić do tego czasu prawo jazdy i nauczył się parkować przy Nowogrodzkiej, to taki wjazd taksi na Wiejską mógłby mu przysporzyć tych potrzebnych procent, aby samodzielnie rządzić, bo nikt z PiS nie wejdzie w koalicję.

No, a co stałoby się z ochroną, która prezesa rocznie kosztuje przeszło milion zł. Wszak czterech drabów nie posadzi na tylnym siedzeniu. Jest to wbrew prawu, a gdzie miejsca dla pasażerów.

Jako że Kaczyński boi się zamachu na swoje życie, mógłby po Warszawie jeździć czołgiem, ochroniarze robiliby za załogę. Żart? Ależ nie. Gdy myśli się o silnej Polsce, kraj potrzebuje silnej armii, Kaczyński jako czołgista "Rudego", a za Szarika mógłby robić jego kot, albo Adam Hofman.

Radzę polskim politykom przyglądać się kampanii i wynikom wyborów w Norwegii. Jeżeli Stoltenberg zostanie premierem na kolejne cztery lata, nie zawracać sobie głowy PR-owcami, bo wymyślą to, co inni wymyślili. Szkoda szmalu, budżet ledwo zipie. Jest nadzieja, że niektórym politykom tak spodoba się szoferowanie, że nie zechcą wrócić na Wiejską.

piątek, 2 sierpnia 2013

Gowin, kandydat na parapremiera, doczekał się listu autorstwa premiera


Jarosław Gowin uważa, że zwalcza go Donald Tusk, w czym niejako miałby partyjną rację, gdyby był posłem PiS. Jak ocenić postawę Gowina, który nie poparł wraz z dwoma innymi posłami PO rządowego projektu zawieszenia progu ostrożnościowego długu publicznego?

Gowin nie chciał szkodzić Polakom i głosował zgodnie z sumieniem? Za sprawą wkładu sumienia Gowina nie mamy rozwiązań prawnych w kwestiach in vitro i związków partnerskich. Sumienie Gowina zatrzymało się w prehistorii PO, więc poseł wraca do źródeł, gdy PO miało program, a nie miało praktyki rządzenia.

Takiego konkurenta wygenerowało PO dla Tuska. Nie jest nim ani Bronisław Komorowski, ani Radosław Sikorski, ani nawet premier z Krakowa, Jan Rokita, jest nim Gowin.

Gowin chce zmienić Tuska na stanowisku przewodniczącego PO, a następnie zmienić rząd. Nie tylko Kaczyński ma kandydata na parapremiera rządu technicznego, także PO ma kandydata na parapremiera rządu technicznego, Gowina.

Przy czym Piotr Gliński ma poparcie Kaczyńskiego, Błaszczaka i Hofmana, Gowin ma poparcie Kaczyńskiego, Godsona i Żalka. Cechą wspólną kandydatów na parapremierów jest popierający ich Kaczyński. Zdziwiony jestem, iż Gliński nie stanął w szranki kampanii w PO, gdyż zdecydowanie bliżej byłoby mu objąć wyśnione stanowisko parapremiera rządu technicznego. Wystarczyłoby wygrać konkurencję z Tuskiem i Gowinem.

Gliński nie ma żadnych szans, aby w PiS wygrać z Kaczyńskim (p. Kazimierz Marcinkiewicz), tym bardziej że w tym układzie ma przeciw sobie na dokładkę całe PO.

Tusk napisał list do wyborców PO. Jego wymowa jest faktyczną "polityką miłości" do swojego konkurenta, Gowina, jeżeli skonfrontujemy listy Kaczyńskiego do członków PIS, choć prezesowi nikt nie stawał w jego folwarku partyjnym okoniem.

Gowin wszedł w taką spiralę opozycji, iż oczekuję na dniach podania składu gabinetu cieni parapremiera Gowina. Groteskowy był, jest i będzie Kaczyński. Do tego panoptikum dołącza Gowin.

Polityka nie jest kwestią sumienia, nie jest dochodzeniem do jakiejś wydumanej prawdy. Jest działaniem na rzecz dobra wspólnego społeczeństwa, które tworzy państwo. No, ale w Polsce mamy obrońców wartości i prawdy (którzy z ontologią i epistemologią mają niewiele wspólnego), lecz potrafią skutecznie zabagnić sferę życia publicznego.

sobota, 27 lipca 2013

Gdzie potoczy się głowa Gowina?


Jarosław Gowin doszedł do całkiem słusznego wniosku, iż przekonać do siebie wyborców może tylko jeżdżąc po kraju. Akurat tournee układa się się szlakiem Tuska, co jest zrozumiałe, bo wielkość (polityczną) buduje się na wzorcu, do którego dokłada swoją cegiełkę.

Nie wypalił Gowinowi pomysł debaty z Donaldem Tuskiem, bo nie mógł. Formy walki wybiera się, jakie dają szanse na zwycięstwo. Tusk spojrzał po szablach Gowina, nie musiał przykładać ręki do swojej broni, mniej gowinowców niż palców jednej ręki. Gowin prze jednak do debaty, bo do siebie jako kciuka, wskazującego Godsona oraz małego palca Żalka, mógłby dodać jakiś środkowy, może nawet o nazwisku Schetyna.

Szlakiem Tuska ma wypaść Gowinowi Olsztyn w niedzielę, w którym tłumy będą czekać na zwycięzcę Tuska. Były minister sprawiedliwości jeszcze raz dojrzał szansę debaty choćby na chodniku. Ta forma konwersacji politycznej kojarzy mi się z łapaniem Tuska za nogawkę, Gowin chce zatem na dowolnie wybranym chodniku zaszczekać na premiera.

Każdy ma prawo do artykulacji, jaka mu odpowiada. Gowin też. Tusk obchodzi się z nim łagodnie, jak z barankiem. Gdyż niewygodnie byłoby swojego słabego konkurenta usunąć w sytuacji wyborczej. Poczeka do czasu po kampanii, ale Gowin napiera coraz silniej, bo słyszy, jak duma premiera odnosi coraz więcej uszczerbków.

Nie tylko Gowin zastanawia się, jaka nastąpi sytuacja potem, gdy będzie miała dokonać się egzekucja, albo nazwę to inaczej: ofiara na ołtarzu jedności Platformy.

Czy Gowin prowadzony na rzeź, jak Izaak przez Abrahama Tuska, położy głowę pod toporem. I kto odezwie się w Tusku? Czy będzie to ojciec założyciel PO (synu Izaaku Gowinie, ofiara dla dobra ludu PO jest niezbędna), czy srogi, ale sprawiedliwy Jahwe, który nakaże wstrzymać dekapitację Gowina.

Tak czy siak, głowa Gowina gdzieś się potoczy. Po manowcach, albo ku wyższym celom PO. Albo - albo (Kierkegaard).

czwartek, 25 lipca 2013

Grupiński da prztyczka Gowinowi, Godsonowi i Żalkowi


Rafał Grupiński - szef klubu parlamentarnego PO - zapowiedział kary dla trzech zbuntowanych (cokolwiek zbuntowani znaczy) konserwatystów: Jarosława Gowina, Johna Godsona i Jacka Żalka, którzy głosowali przeciw przekazaniu do dalszych w komisjach rządowego projektu noweli ustawy o finansach publicznych. Nowela ma pozwolić na przesunięcie bezpieczników długu publicznego, de facto - zwiększenia go.

Kłopot z konserwatystami jest taki, że oni emancypują się z PO. Na kłopotach PO zyskują ci właśnie politycy PO, stają się "sprawiedliwymi", bo albo bronią wartości chrześcijańskich (jak przy ustawie o związkach partnerskich i in vitro), albo - jak teraz powiedział Gowin - "Na pewno będą głosowali w zgodzie z tym, jak pojmują interes milionów Polaków".

Albo wartości, albo interes narodu. Wychodzi, że na kłopoty z wartościami, albo narodem tylko Gowin, który jest jednak kłopotem dla partii rządzącej. Dzisiaj trudno go wydalić z PO, bo jest rywalem Donalda Tuska w wyborach na szefa PO. Gowin szanse ma zerowe, jest tego świadomy, chce podbić bębenka, bo i tak wypadnie z Platformy.

Gowin nie jest żadnym kłopotem, przeliczył się, ma tylko trzy szable. Po wewnętrznych wyborach zostanie relegowany z PO. Kłopoty są z Jackiem Rostowskim i zapleczem eksperckim, a także PR-owskim.

Rostowski mógł się mylić w założeniach budżetowych. Ekonomiści go przestrzegali, że są nazbyt optymistyczne. Gdy uchwalano budżet już nadawał się do poprawki. Brak think tanków ekonomicznych PO spowodował, że nie wykształcono rzeczywistych bezpieczników, a to w postaci cięć wydatków, a przede wszystkim wypracowania legislacji w prawie podatkowym, które uniezależniłoby wpływy do budżetu od wahań koniunktury gospodarczej. Przede wszystkim zaś uszczelnienie ściągalności VAT.

Ogromny kłopot Tuska to komunikacja ze społeczeństwem via media. Paweł Graś nie jest żadnym rzecznikiem, lecz antyrzecznikiem. I nie o niego chodzi, ale o planowanie przyszłości rządu przynajmniej w perspektywie kwartalnej. Tego kompletnie brak, nie wiemy co jutro Tusk zrobi, dowiadujemy się, co robi. Miał ruszyć lada moment tuskobus 2, a było to w lutym po sukcesie wydarcia pieniędzy unijnych (faktyczny triumf), tuskobus stoi, ma awarię. Spec od wizerunku Tuska, Igor Ostachowicz, to taki spec jak od literatury, która nadaje się na przemiał, bo nie jest to strawienia jako narracja.

I tuskobus będzie w stanie awarii przez całą jesień, bowiem premier weźmie się za gaszenie wrześniowego strajku generalnego związków zawodowych, który zapowiada się jak brazylijska antytuskowa telenowela. Kaczyński też przygotował niekonwencjonalne dojście do władzy, o czym informował w czasie weekendowego wypadu na Podkarpacie. No i Tusk będzie się paprał w wewnętrznych sprawach PO.

Na rządzenie może nie starczyć czasu. Kłopot z Tuskiem jest zupełnie inny, niż z Gowinem. Ten ostatni może być tylko relegowany, a Tusk pozostaje nie do zastąpienia, nie ma dla niego alternatywy. O czym można było się przekonać choćby po ostatnim wywiadzie z wiceszefem PiS Adamem Lipińskim. Partia Kaczyńskiego nie jest żadną alternatywą, nie ma propozycji rozwiązania polskich problemów, lecz ich zwielokrotnienia. Tusk to pikuś, PiS to byłoby zagrożenie, że hej.

Przed krajem niełatwy czas jesieni, w ogóle o łatwiźnie powinniśmy zapomnieć, a Grupiński tymczasem będzie dawał prztyczka Gowinowi i jego obrońcom "wartości i interesu narodu". Przynajmniej media będą miały z interesem Gowina używanie.

poniedziałek, 8 lipca 2013

PO po Elblągu


Platforma po Elblągu powinna czuć dyskomfort, choć przegrana nie jest nazbyt wielka, wziąwszy jednak pod uwagę, jaki wynik osiągnęła w poprzednich wyborach, Donald Tusk nie powinien spać spokojnie.

Nie powinien czekać, aż Wilk z Kaczyńskim przekopią Mierzeję Wiślaną, bo dopiero nas zaleje. Nie tylko IV RP, ale ta odnowa Polski - o której mówi prezes PiS - której narracja wycofuje nas ze świata, z UE, z realnej geopolityki.

Na razie PO trafił szlag, wielu politykom tej partii łomot się przyda. Przede wszystkim z tego wstrząsu powinien skorzystać Tusk, skonstruować własną narrację polityczną, bo ta obecna kapie - albo nie - jako ciepła woda z kranu. Narracja ma być żywa, z wizją, przede wszystkim nie winna być kontrnarracją do PiS. Kaczyński wycofał Macierewicza do drugiego szeregu, sam zasznurował się na "gadanie smoleńskie" i już wbija inną wizję: "PiS może osiągnąć nawet 50-procentowe poparcie".

U Kaczyńskiego możliwości są najczęściej gołosłowne. Ale to Tusk w tej chwili odpowiada za kształt Polski i myślenie Polaków o samych sobie. Premier porusza się na twardym gruncie polityki, a nie na ruchomych piaskach kampanii wyborczej.

Ta gołosłowna metoda docierania do elektoratu musi być porzucona. Przyszłość kraju jest w rękach młodych Polaków, do nich należy dotrzeć. I wraz z nimi tę przyszłość planować. Wciągnąć ich w samorealizację i wypracować wraz z nimi narzędzia.

Przekonają się, co jest możliwe do zrobienia z największą ich bolączką: z bezrobociem. Młody człowiek nie może stać pod urzędem pracy, ale ten urząd kształtować. To nie tylko metafora. Docenić, co w tej sferze zrobiły dojrzalsze demokracje: niemiecka, brytyjska, amerykańska.

PO ma młodzieżówkę Młodych Demokratów, która winna wciągać rówieśników w rozważania o sobie i uzyskiwać narzędzia wpływania na władzę. Rozproszyć centrum władzy na pokolenia poprzez seminaria, wiece, a nawet kongresy młodych. Nie kontrmanifestować nawet do takich groźnych organizacji, jak ONR, od tego jest Bartłomiej Sienkiewicz.

PO po Elblągu nie ma czasu na ból głowy, pora na reaktywację, bo reakcja Kaczyńskiego może być, jak z owymi 50%, zjedzie do Wilka do Elbląga z ciężarówkami łopat i powie: - Ci, którzy głosowali na Wilka, niech przekopią Mierzeję, mimo braku zgody rządu, niech ich zaleje.

I nas zaleje.

czwartek, 27 czerwca 2013

Pokraczności smoleńskiej ot tak nie można wyeliminować

Prokuratorzy wojskowi rozwiali wątpliwości, co do trotylu na smoleńskim tupolewie. Nie było tej substancji powstałej w równoległym umysłach polityków z misją i takiż publicystów.

Po tym komunikacie winna iść polityczna robota, której cel to odwrócenie tendencji zwichrowania umysłów licznej grupy Polaków. Nie chodzi o rozum Jarosława Kaczyńskiego, ani też Antoniego Macierewicza, on im się zwinął w konkretnym celu.

Głos zajął Donald Tusk z nadzieją, że to koniec "afery trotylowej". Premier skierował swoje słowa do tych, "którzy tę awanturę rozpętali, by równie głośno, jak krzyczeli w sprawie wybuchu i w sprawie trotylu, żeby równie głośno przeprosili tych wszystkich, których obrazili".

Kaczyński nie przeprosi, bo zajęty jest przygotowaniem do przejęcia władzy, a Macierewicz musiałby się przyznać do wieloletniej roboty za bezdurno sejmowego zespołu i tzw. ekspertów.

Smoleńsk wykreował alternatywną rzeczywistość, dowartościował trzeciorzędność - pokraczność, która wydaje się być trwałą cechą charakterologiczną. Z jej powodu doszło do hekatomby w Smoleńsku.

Skutki tej pokraczności należy eliminować z umysłów Polaków. Pokraczność powstaje w niedojrzałych umysłach, zmniejsza się wraz z dojrzewaniem do urządzeń cywilizacyjnych i nowoczesności. Może za kilka pokoleń będzie jej mniej. I takie zdarzenia jak Smoleńsk nie będą miały miejsca.

Może.

środa, 26 czerwca 2013

Polska dla polityków to kukła wypchana pakułami


Polska nam się sypie. Politycy kraj traktują, jak kukłę wypchaną pakułami. Większość ma pomysł, jak nas uszczęśliwić. Nakłuwa kraj szpikulcem swoich jedynych racji i wydłubuje wnętrze. Poniekąd słusznie twierdząc, że to pakuły, a nie treść.

Sekundują im dziarsko publicyści od lewej do prawej. Nazwanie pakułów pakułami jest nader łatwe, lecz wyartykułowanie jaką treścią winny być zastąpione - intelektualnie niemożliwe. Nie debatujemy, ale gryziemy się po łydkach. Szczujemy się nawzajem.

Nie bądźmy zdziwieni, że któregoś dnia obudzimy się w Polsce niedemokratycznej, jak wskazują na to badania prof. Janusza Czapińskiego. Polakom coraz mniej podoba się ustrój, w którym mają decydować za siebie. Wolą rację nadrzędną, niesprawdzalną, ale chwytającą naród za twarz: zamordyzm. Polacy także lubią swoich wrogów. Jest wówczas na kogo zrzucić winę za własne niepowodzenia.

Nie potrafimy przegrywać, aby czegoś nauczyć się z porażek. Takie jest doświadczenie demokracji o wiele starszych od naszej. Któregoś dnia otwierasz oczy, a premierem, bądź prezydentem jest jakiś ksiądz Tiso. W polskim przypadku może to być ojciec Rydzyk, albo Jarosław Kaczyński, który ma wszelkie dane wstąpić do zakonu, bo ani nie posiada "osiągnięć" małżeńskich i zero potomków, za to misję do spełnienia.

Intelektualnymi przewodnikami zostaną Krystyna Pawłowicz, Ryszard Legutko, naukowcy z poznańskiego AKO, którzy będą rozdawać medale Przemysła II. Przynajmniej ich wykłady nie będą zakłócane przez narodowców z NOP i innych faszystów.

Czasy Tuska i Komorowskiego mogą szybko okazać się złotym wiekiem polskiej demokracji. Zresztą już dzisiaj widać, iż po 1989 roku to najbardziej przytomni politycy. W rzeczywistym porównaniu z nimi inni przegrywają z kretesem.

Dwa przykłady z jednego dnia. Próba reformy sądów rejonowych nie mogła dojść do skutku, bo politycy wszystkich opcji mieli interesy, aby strukturalną skamielinę utrzymać w dotychczasowym stanie, a gdy wreszcie udało się upchać jakąś reformę, powstała kontrustawa, którą zawetował prezydent Bronisław Komorowski.

Drugi przykład to Komisja Trójstronna, która okazuje się niewystarczająca dla związków zawodowych, bo te nie potrafią zawierać kompromisów, jedynie dyktować warunki rządowi i pracodawcom. Zapewniam wszelkich związkowców, że pracodawcy dadzą sobie radę bez zrewoltowanych funkcjonariuszy związkowych, nawet gdy użyją w swoich protestach śrub i płyt chodnikowych. Związki zawodowe nie rządzą, co przypomniał Donald Tusk. Związki zawodowe spijają śmietankę, na którą ciężko pracują Polacy.

Polacy w stosunku do swojego kraju są ignorantami, bo takich, a nie innych wybierają reprezentantów. A ci mają misję do spełnienia i szpikulec w rękach. Bardzo łatwo idzie im wydłubywanie skromnego wnętrza. Wydrążeni politycy, wydrążeni ludzie, coraz bardziej wydrążony kraj. Dlatego młodzi Polacy, którzy mają jeszcze trochę oleju w głowie, nie chcą pozostawać tutaj na miejscu, a gdy uda się na obczyźnie, nie chcą wracać do wydrążonego kraju.

piątek, 14 czerwca 2013

Co słychać w PO? Nudy, zero ekscytacji


Platforma nadal jest zajęta sobą. Ostatni zarząd wskazuje na determinację Donalda Tuska do jak najszybszego rozstrzygnięcia kwestii przewodniczącego i późniejszego układania klocków personalnych w regionach i powiatach.

To postawienie demokratycznych procedur na głowie, ale PO trzeba potrząsnąć, aby wydobyła z siebie siły witalne. Zarząd przedstawi na konwencji, która odbędzie się za dwa tygodnie, projekt wyborów na szefa w wakacje. 40 tysięcy członków Platformy będzie wybierać Tuska, bo raczej nie widać nikogo, kto miałby jakieś szanse na realny sukces w konfrontacji z premierem.

Grzegorz Schetyna optuje za terminem jesiennym, licząc na dalsze osłabienie Tuska, a tym samym PO, która w sondażach ma się coraz gorzej. Przy Schetynie został już tylko Rafał Grupiński i szef mazowieckiego regionu Andrzej Halicki. To mało.

Schetyna raczej nie wejdzie w szranki z Tuskiem, może zdecydować się Jarosław Gowin - jest poza zarządem - siłą jego jest ankieta, którą badał nastroje wśród członków PO, lecz to nie to samo, co delegaci, którzy najpierw się dogadują, a potem głosują.

Tylko przez tydzień po konwencji będzie można zgłaszać swojej kandydatury na przewodniczącego. Krótko. Coś będzie trzeba zrobić z pasztetem warszawskim, jaki sporządziła partii Hanna Gronkiewicz-Waltz. Prawdopodobnie już spełnione są warunki do ogłoszenia referendum w sprawie jej odwołania. Można przeciągać terminy, aż będzie prawnie skutkował prezydent komisaryczny stolicy. Niemniej to i tak będzie przegrana PO.

Jakie recepty przedstawi Tusk, aby odwrócić tendencje sondażowe - na konwencji i po wygranym wyścigu o fotel przewodniczącego? Rekonstrukcja rządu to będzie zdecydowanie za mało. Personalia w PO nie przedstawiają się imponująco, a sięgnięcie po niepartyjnych fachowców nie zadowoli aparatu.

Odwrócenie porządku demokratycznego - wybory w regionach i powiatach po głosowaniu na przewodniczącego - może skutkować, iż Tusk postawi na nowe postacie, które więcej uwagi będą poświęcały obecności w lokalnej polityce, a nie poszukiwaniu synekur.

W PO czkawką odbijają się kilkuletnie zaniedbania budowania struktur programowo-ideowych. Dzisiaj zbyt gwałtowne ruchy w tej sferze mogą przyspieszyć erozję partii i wizerunku. Mozolne odrabianie strat jest trudniejsze niż gwałtowny rzut na zadania i ekspresję wyborczą.

Niemniej z ostatniego zarządu PO przed konwencją powiało nudą. Podobną do tej, gdy do podróży jest jeszcze jakiś i spoglądamy na walizki, które są nostalgią. Zero ekscytacji.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Gowin jak Ulisses wymyślił konia platformianego


Jarosław Gowin urządził w PO prawybory. Tym samym powrócił do korzeni tej partii, gdy na jej czele stał triumwirat Andrzej Olechowski, Maciej Płażyński i Donald Tusk. Dwóch pierwszych w Platformie nie ma, drugi nie żyje, ostał się tylko Tusk, który jest premierem kraju drugą kadencję.

Jakby nie patrzył, Tusk to potęga, a Gowin, który ma nie byle jakie aspiracje, prezentuje się mizernie. Był ministrem, została mu konserwa. Ministrem był takim, że  kilka razy miał być odstrzelony, aż w końcu został trafiony. Pióra się posypały, ambicje zostały.

Aby go ostatecznie nie trafił szlag, Gowin zaczął kombinować. Może wyszedłby z PO, ale gdzie? Nowe byty polityczne kończą się niebytem polityków. A do PiS droga stroma i samodzielni politycy w tej partii kończą strąceniem w niebyt.

Rozglądnął się wśród partyjnej braci, podobnej mu konserwy nie za wiele, szabel sztuk 20-30, reszta to liberały, albo wręcz lewacy. Aby wywalczyć pozycję na miarę ambicji, trzeba użyć sposobu, poszerzyć pole walki, a więc kolegów wprowadzić w stan dezorientacji, psychologicznie i ideowo zawirusować, wprowadzić takiego trojana, aby się od razu nie połapali. Zanim odwirusują plewy od manny, on będzie miał odpowiednią medialną oprawę, a w rękach jakiś miecz, a może nawet mizerykordię.

Gowin jest lepszym PR-owcem niż wszystkim się zdaje, w PO zdecydowanie najlepszym, a PiS powinien urządzić do niego pielgrzymkę po naukę wizerunkową. Ponoć Jarosław Kaczyński był u niego w Krakowie, gdy odwiedzał grób brata na Wawelu.

Gowin najpierw wystosował list do braci platformerskiej - ten sprzed dwóch tygodni - za bardzo nie chwycił, a Tuska nie zachwycił. Lecz autor z rezonu nic nie stracił - to warto podkreślić. Podłubał dalej w szarych komórkach i wyskoczyła mu taka oto perełka: ankieta. Pardon: prawybory w PO. Stanął w tych prawyborach sam z 21 pytaniami (a dokładnie pisząc: postulatami).

Zagranie prima sort. Każdy wynik tej ankiety to głos na Gowina. Po pierwsze jest w ich posiadaniu, po drugie on te pytania zadał. Po trzecie i najważniejsze, zanim zapoznał się z odpowiedziami dobrowolnie poddających się ankietowaniu, ogłosił triumf ankiety własnej "Gowina": – Przerosła moje najśmielsze oczekiwanie. Spodziewałem się kilku tysięcy ankiet w ciągu kilku tygodni, a w ciągu kilkunastu godzin dostałem ich ponad 25 tys.

Politycy! Uczcie się od Gowina! Tak powraca się do korzeni, tak urządza prawybory, po których jako kandydat frakcji republikańskiej przystępuje do wyborów naprzeciw demokraty Tuska o stanowisko president of the Civic Platform. Nagrodą wszak jest polski Biały Dom, Kancelaria Premiera.

A że nikt w PO nie wiedział o liście Gowina, o ankiecie-prawyborach? Kurczę, a czy Trojanie wiedzieli o pomysłach Ulissesa?