środa, 1 sierpnia 2012

Zarażeni



To, co spotkało Donalda Tuska na Powązkach pod pomnikiem Gloria Victis podczas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego można nazwać tylko zarazą kropelkową.

Rozprzestrzenia się ona z ust Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i im podobnym. Sączonym jadem, nienawiścią zarażono całkiem pokaźną liczbę Polaków.

Wzdragam się przed nazywaniem ich Polakami. Polak nie buczy i gwiżdże, gdy należy zawiesić refleksję nad historią.

Zaraza ta pozbawia ludzi godności, szacunku dla bliźnich żyjących i tych, którzy oddali życie podczas tragedii PW.

Podczas ważnych uroczystości, które są celebrą - ale i ona w życiu narodu musi być - winno się roznosicieli zarazy kropelkowej otoczyć kordonem sanitarnym.

Albo poddać kwarantannie. W takich warunkach izolacji albo chory wychodzi z życiem, albo umiera nie zaznając zdrowia.

Szczepionka już na takich nie działa. Dzisiaj Powązki, jutro Krakowskie Przedmieście - tam znajdują się centra zarażonych.

wtorek, 31 lipca 2012

O. Rydzyk, Duda i surmy wojenne

Spostrzeżenie J.F. Libickiego (dzisiaj senatora PO) można uznać za uprawnione, iż o. Rydzyk stawia na kogoś bardziej obiecującego, mianowicie na Piotra Dudę, szefa "Solidarności". Woli tego ostatniego niż Jarosława Kaczyńskiego, czy "złotego kochanego chłopca" Ziobrę.


Teza uprawniona. Redemptorysta stawia na tych, którzy pozwalają osiągnąć jego cele. Dzisiaj najbardziej spektakularnym jest multipleks cyfrowy, który pozwoliłby jego mediom wyjść z niszy, przede wszystkim za pomocą cyfrowej TV Trwam dyktowałby warunki Episkopatowi (już ma duże wpływy), a także nie liczyć się z nuncjuszem i bezpośrednio kontaktować się z Benedyktem XVI.


O. Rydzyk gra o swoją wielkość. Jeszcze niedawno był ledwie narzędziem dla najważniejszych hierarchów, dzisiaj hierarchowie udają się do niego ze sprawami do załatwienia. To o. Rydzyk decyduje o tym, że projekty ustaw o związkach partnerskich lądują w sejmowym koszu, a in vitro jest wprawdzie na tapecie liberalnych mediów, ale nie obrabiane prawnie. Dyrektor Radia Maryja dzierży w swoich rękach aksjologię, która obowiązuje nie tylko na prawej stronie, ale także w centrum sceny politycznej, w PO.


Nie ma zaklepanej cyfry. Zdaje się, że w tych okolicznościach nawet nie chciałby jej jeszcze mieć. Mobilizacja wiernych i polityków odniosła nadspodziewany sukces. Marsze w "obronie TV Trwam" są same w sobie ucieszne, jednak pozwalają o. Rydzykowi śmiało spojrzeć w przyszłość: będzie miał czym zarządzać. Ma kapitał, którego nie chce roztrwonić, dlatego ciągle musi trzymać wiernych i polityków "pod bronią" w stanie nieustającej mobilizacji.


Z Kaczyńskiego z pewnością nie zrezygnuje, to siła 25% czynnych wyborców. O. Rydzyk dywersyfikuje swoje polityczne namaszczenie. W tej chwili bardzo poręczny jest Duda z "S", bo ma silne hasło do protestu przeciw Tuskowi i obozowi mu niechętnemu: precz z reformą emerytalną. Duda jest młodszy od Kaczyńskiego, perspektywiczny, nie wiadomo jednak, czy na scenie politycznej potrafi zająć odpowiednio wysokie miejsce. Prezes PiS w każdej chwili może odejść, nad wyraz szybko się starzeje, jest przede wszystkim nieprzewidywalny. Gdy zyskuje w sondażach - on i jego partia - jednym kontrowersyjnym stwierdzeniem burzy misterną konstrukcję zaufania elektoratu i mediów.


"Obudź się Polsko" to jeszcze jedna fraza patriotyczna, bez znaczenia, czy jest słuszna, parciana, nieestetyczna. Ma dotrzeć tam, gdzie trzeba, ma zewrzeć w szykach odpowiednią (dużą) ilość wiernych i wyborców (w takiej kolejności). Walka o. Rydzyka z Polską zapowiada się na długą zimną wojnę, która nie będzie miała rozstrzygnięcia, a przynajmniej żadna ze stron  nie uzna jej za swoją wygraną. Bo wygrać to spocząć na laurach, a wiernych trzeba mobilizować ciągle i bezustannie. Bez tego można tylko sczeznąć - taka jest logika o. Rydzyka.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Rzeczpospolita: obrona kleru


Dziennikarz "Rzeczpospolitej" zarzuca tygodnikowi "Newsweek" (a nawet Tomaszowi Lisowi, który zawiaduje periodykiem) manipulację w centralnym tekście najnowszego numeru "Nieświęte rodziny".

Jak to "Rzepa", wybija na pierwszy plan zarzut (amunicję), który nijak się ma do powołanych danych (cel). Wychodzi z tego, że dziennik strzela ślepakami i nie może redakcja się dziwić, że Pan Bóg naboi nie nosi.

Jak sekretarz redakcji może dopuścić podobny tekst do druku, a naczelny Tomasz Wróblewski takiego "dziennikarza" trzymać w składzie?

Otóż przekaz tekstu jest jasny: kler utrzymuje celibat, a potomstwo spłodzone z ich nasienia jest wymysłem, kłamstwem.

Chodzi jednak o liczby. 60% księży utrzymuje kontakty seksualne z kobietami, a co dziesiąty (a może ciut więcej) ma swój nieślubny przychówek.

"Dziennikarz", a zarazem "matematyk" "Rzepy" dochodzi swym bystrym umysłem, że jest to 6-9% populacji kleru, a nie 10-15% - jak podaje tygodnik.

Otóż te wszystkie liczby są przybliżone, bo dane statystyczne nie mogą być potwierdzone, gdyż Kościół ukrywa tę "wiedzę" przed wiernymi.

Niemniej kler, który ma pozostawać w czystości seksualnej - celibacie - rozpowszechnia swoje nasienie wśród kobiet polskich, nie wchodząc z nimi w święte związki małżeńskie, ale podobne, które zdarzą się wśród wiernych, napiętnuje, grzmi na związki partnerskie, ekskomunikuje.

Taka jest wymowa tekstu "Newsweeka". Kościół proponuje farbowanego lisa moralności, a tygodnik autentycznego naczelnego Tomasza Lisa.

Praktyczna moralność Kościoła to zaprzeczenie jakichkolwiek wartości, "Rzepa" zaś podrzuca czytelnikom (internautom) "dziennikarza", jako dziennikarza.

Kościół staje się pozorem konfesji, tak jak "Rzeczpospolita" uprawia pozorne dziennikarstwo.

sobota, 28 lipca 2012

Świat równoległy


W jakim filmie występuje Marcin Mastalerek, przewodniczący młodych PiS? Niewiele wspólnego ma jego postać z rzeczywistością, bo słowa, które wypowiada (pisze), mają proweniencję irrealną. Jeszcze jedna postać z równoległości, taki typ. Dlaczego jednak jest obecny w polityce, która powinna stać na twardym gruncie realności? Ten młody z PiS produkuje pajęczynę frustracji, która ma jeden cel, złapać na lep wyborców.

Mastalerek swoim bystrym umysłem doszedł do frustracji związanej z premierem, mianowicie Donald Tusk niby walczy z nepotyzmem, ale skutecznie za pomocą swojej rodziny uprawia go. Syn premiera Michał dostał posadę w Porcie Lotniczym w Gdańsku bez konkursu.

Od tego młodego z PiS dowiaduję się, że na wszystko w kraju są konkursy. Nie można dostać żadnej roboty bez konkursu. A czym jest konkurs ofert? Pracodawcy wszak w nich przebierają, nawet powstała dyscyplina: jak napisać cv, jak się zaprezentować na rozmowie z pracodawcą? Kowalski musi przekonać przyszłego pryncypała, że jest lepszy od Nowaka. Tusk nie musi tego robić w konfrontacji z Kaczyńskim. Nazwisko Tusk otwiera każde drzwi.

Dlaczego Mastalerek nie zgłosi pretensji, że syn Kaczyńskiego nie otrzymał stanowiska bez konkursu? Czyżby bał się postawienia podobnego pytania, bo to jego pryncypał polityczny? A może nie wie, gdzie potomek Kaczyńskiego jest zatrudniony?

Mastalerek to taka rozrywkowa postać polityki. Chętnie z jego „usług” korzystają portale internetowe. Napisze na blogu (a prowadzi go w Onecie) cokolwiek, z przyjemnością cytują jego wpis, bo wiedzą, że zainteresuje internautów z powodu takich kabaretowych treści, jaki powyżej przytoczyłem.

Przy nazwisku Mastalerka zastanawiam się, jaka czeka przyszłość polskiej polityki? Czarno to widzę. Za młodu taka skorupka nasiąknęła frustracją, na dojrzałość i starość trąci kompletną indolencją, impotencją.

Na nazwisko trzeba zapracować, zasłużyć. Jak stanie się znaczne, ważne, otwiera każde drzwi. Podejrzewam, że jak Mastalerek będzie dalej tak się starał, te drzwi będą przed nim zamykane. Ba, będą jak wahadłowe drzwi w saloonie, gdy w nie wejdzie, będzie otrzymywał wzmiankowanymi w twarz.

Dzisiaj Mastalerek ma kłopoty z sensem, upada pod jego intelektualnym ciężarem. Drzwi go tak uderzają, że nakrywa się nogami. W takim  gra filmie i taką ma rolę. Nie zagrozi jego gra ani Bogusławowi Lindzie, ani Bruce’owi Willisowi, którzy też bez konkursu są angażowani do głównych ról. Dlatego, że mają nazwiska, a one na giełdzie profesji są na samej górze. Mastalerek tymczasem leży pod drzwiami w saloonie, bo w takiej występuje równoległości, alternatywie.

piątek, 27 lipca 2012

Pierwsza sukienka Rzeczpospolitej


Pewnie powinienem napisać o rozpoczynających się Igrzyskach w Londynie, podejrzewam jednak, iż wyszedłby pesymistyczny tekst. Ale przynajmniej przez dwa tygodnie emocje sportowe złagodzą stan tubylczej oligofrenii politycznej (na prezesa zawsze można liczyć, który co pewien czas zaserwuje coś ze słownika wyrazów obcych; po czesku owa oligofrenia to „porucha intelektu”).

Polskie „porucha” brzmi nieprzystojnie, ale i nieprzystojnie brzmiało „pobruszę”, jedno z pierwszych słów polskich zanotowanych w piśmie. Podejrzewam, że owa oligofrenia, „porucha”, w języku polskim ma od dawna  odpowiednik, jako poruta.

Szukam zatem w piśmie owej poruty (i w internecie) i mam. Takie „poruchy”, poruty, uprawia niezawodny Tomasz Terlikowski. Na niego zawsze można liczyć. W „Gazecie Polskiej Codziennie” pisze o refleksjach, jakie go naszły w Mińsku Mazowieckim na spotkaniu klubu „GP”. Niewielka dygresja zanim będę kontynuował. Czyżby miał Terlikowski „poruchę” (w tym wypadku nosa), że wybrał Mińsk Maz. na swoje refleksje, ponieważ tam w wojskowym hangarze mają być przechowywane szczątki smoleńskiego tupolewa. W każdym razie ma Terlikowski „poruchę” do relikwii. Swego czasu pisał o relikwiach, które adorowali z żoną w intencji zajścia jej w ciążę. Relikwie pozwoliły jego bezpłodnej żonie przezwyciężyć chorobę – cud z „porucha” - i urodziła mu (im) troje dzieci. No, no.

Wracam do tych refleksji. A są one u Terlikowskiego zwykle ciemne, czarne. Mianowicie w „GPC”  pisze, iż może tak się stać, że my, Polacy „będziemy narodem zbędnym”. Kto chciałby być zbędnym, a szczególnie jako część składowa narodu? Nikt, a zwłaszcza my, Polacy. Czytam zatem receptę Terlikowskiego, aby przezwyciężyć „poruchę”. Znalazł naczelny „Frondy” w testamencie Jana Pawła II: „stąd (z Polski – przyp. K. W.) wyjdzie iskra, która przygotuje świat na powtórne przyjście Pana”.

W dalszej części tekstu Terlikowski odpowiada na pytania, które stawiali mu bywalcy klubów „GP”: „Czy potrafimy jeszcze stać się iskrą”?

Facet, który chce wykrzesać z narodu takie iskry, aby epifania stała się rzeczywistością - „powtórne przyjście Chrystusa” – musi się martwić „o nasze dusze podczas koncertu Madonny”, co trywialnie zarzuca mu Monika Olejnik (ostatni cytat z dziennikarki). Te dusze – „Moniko, dziewczyno ratownika”, jak ty trywialnie, to ja też - muszą wykrzesać iskrę. Wiesz, co to znaczy wykrzesać iskrę z duszy narodu?

Przecież Terlikowski „nie pochyli się nad dziećmi, które są molestowane przez księży, ale pochyla się za to, jak zwykle, nad nienarodzonymi” (jeszcze raz M. Olejnik). W związku z tym dziennikarka mianuje go: Naczelny ksiądz RP bez sutanny, który rozgrzesza kler.

Przecież Terlikowski „nie pochyli się nad dziećmi, które są molestowane przez księży, ale pochyla się za to, jak zwykle, nad nienarodzonymi” (jeszcze raz M. Olejnik). W związku z tym dziennikarka mianuje go: Naczelny ksiądz RP bez sutanny, który rozgrzesza kler.

Moim zdaniem dziennikarka go nie dowartościowuje. Widzę Terlikowskiego większym, bo jest obecny niemal w każdej sferze życia publicznego, to ktoś jak Piotr Skarga z krucyfiksem. Co ja piszę? Więcej, zaimponował mi tą iskrą patriotyczną, polską, tutaj wykrzesaną, po której nastąpi powtórne przyjście Pana.

Terlikowski jawi mi się, jak Torquemada. I od stroju hiszpańskiego dominikanina nazywam go: Pierwszą sukienką Rzeczpospolitej.

Taka to „porucha”, poruta, z Terlikowskim.

wtorek, 24 lipca 2012

Dojutrkowanie


Platforma przeżywa kiepskie dni, gdyby zdarzyły się jej takie w okresie kampanii wyborczej, elektorat odpłynąłby w siną dal. Afera taśmowa PSL, po której premier gromko zagrzmiał, otrzymała sequel z agencją wdrażającą programy unijne, którą obsiadło kumoterstwo z PO w 100%. Dorzućmy do tego nowelę ustawy o zgromadzeniach (acz prezydent dziergał tę robótkę; kto? – nieważne, PO i już). Zaniechanie in vitro, de facto tak ważne rozwiązanie prawne dla bezpłodnych małżeństw i par oddalono do „maniana”, na święte nigdy. A teraz do kosza powędrowały projekty tyczące  związków partnerskich, bo temat jest kontrowersyjny.

W tej chwili różnic między PO a PiS nie ma prawie żadnych. Do tego stopnia, że gdyby nie Smoleńsk i facjaty Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, które firmują te partie, mogłoby dojść do jakiegoś zjazdu zjednoczeniowego. A że zbliża się kryzys i może nas dotknąć, wcale tego bym nie wykluczał. Taka wielka koalicja mogłaby dla dobra elektoratu, aby nie trudził się rozszyfrować , co kryje się pod nazwą POPIS, przyjąć swojską nazwę SKAMIELINA.

Rząd i parlament niechętne jest każdej debacie w tak ważnych społecznych kwestiach. Tłumaczenie, że społeczeństwo jest konserwatywne, nie przygotowane na rozwiązania, które zbliżą nas do cywilizowanego świata, warte jest funta kłaków. Bardziej konserwatywni są politycy. Społeczeństwo jest zajęte swoim codziennym trudem, a politycy konserwatywni bojaźnią. Bojaźń – polska odmiana konserwatyzmu.

Polska polityka stoi przemysłem bojaźni, robienia w portki, pogardy dla Innego i Potrzebującego. W tej manufakturze w gmachu przy Wiejskiej produkowana jest tylko indolencja, lenistwo i strach przed podejmowaniem decyzji. Jak media nie widzą, pokątnie szydełkuje się tam wzory nepotyzmu i kumoterstwa. Do tego kumoterstwa aż prosi się onomatopeja kolokwialna, która to towarzystwo świetnie by zrymowała.

Za obecne tchórzostwo rząd i największa partia opozycyjna zapłacą, nie można wiecznie dojutrkować. Tusk i Kaczyński powinni się cieszyć, że lewica jest tak marna, wypalony Miller i błądzący Palikot. Po wpadkach z początku roku i fatalnym obecnie okresie Tuska, władza powinna wypaść mu z rąk i znaleźć się na ulicy. Nie sięgnie po nią Kaczyński – bez obawy. Tusk długo nie pozostanie bezalternatywny. Polityka polska nie może być wydmuszką, musi zostać wypełniona treścią prawną, a przede wszystkim zaspokojone winny być potrzeby ludzkie. A krajowi brak rozwiązań w tak istotnych dzisiaj dla całej masy ludzi kwestiach, jak in vitro i związki partnerskie (dotyczą nie tylko par jednopłciowych).  Społeczeństwo – w każdym razie spora jego część – nie może być zależna od niewiedzy i mentalnej abnegacji kogoś takiego, jak Krystyna Pawłowicz dla której pożycie seksualne może być niezgodne z prawem ustrojowym (‘Konstytucja nie chroni uczynków niegodnych”). Ta sama osoba zresztą powiedziała, że Cz. Miłosz jest niepolskim poetą, pewnie go czytała w wydaniu z Berkley. Owa Pawłowicz winna być logo Sejmu.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Pryszcze PSL


Wygrywająca partia w wyborach zawsze sobie się podoba. Gdy bierze władzę, jeszcze bardziej przegląda się w lustrze wyborców. Po 1989 roku jakaś partia wygrywała, nie brała jednak wszystkiego (50% mandatów + 1), musiała wchodzić w alians z innym podmiotem politycznym, aby odpowiadać za losy kraju, twoje i moje. Najbliżej samodzielnej odpowiedzialności było SLD, dzisiaj aż wierzyć się w to nie chce, ale wypalili się postkomuniści aferą Rywina i pozostają wydmuszką ideową.

Zwycięzca musiał do rachunków na sali sejmowej dobierać sobie jeszcze jeden podmiot, a tym nieodmiennie było PSL. Ledwie dychająca partia, dla której niemal każde wybory to: być albo nie być. Zawsze byli tuż nad poprzeczką 5%. Wchodzili w polską suwerenność z bagażem PRL-owskim, który został rozgrzeszony przez pierwszy rząd i hasło: „Wasz prezydent, nasz premier”. OKP plus resztówki postkomunistyczne (ZSL i SD) rozpoczęły czas postkomunistyczny.

Wówczas ZSL, zaraz potem PSL, to wieczny Kopciuszek, którego jednak książę nie szukał, ale sam antyszambrował w przedpokojach władzy. Lecz urodziwy zwycięzca musiał się godzić z tym mizernym Kopciuszkiem. Mina rzedła, ale trzeba było przywdziać maskę triumfu do złej gry. PSL (ZSL) w PRL zawsze sobie rzepkę uskrobało. Przyzwyczajenia przeniosło w suwerenność i je ulepszyło, bo już było wolno i nikt na wsi – gdyż tylko tam mają wyborców – ich nie kontrolował, nie mieli konkurencji (oprócz krótkiego epizodu z Samoobroną). Większe partie biły się o wyborców miejskich i wielkomiejskich.

PSL w tym czasie kwitła na – lubię to określenie – obszarach wiejskich, było co zagospodarowywać. PGR-y upadały. Należało coś z tym majątkiem zrobić. Tak samo kółka rolnicze i dziesiątki wiejskich mniejszych/większych organizmów. Nieprzypadkowo Waldemar Pawlak został szefem strażaków, generałem sikawkowym. W centrum obszarów wiejskich jest remiza strażacka, a do OSP należą „elity” każdej wsi.

Powstawały kolejne agencje rolne na obszarach wiejskich, skrzętnie zagospodarowywane przez PSL. Na wsi kumoterstwo i nepotyzm jest nieodzowną cechą charakteru (gospodarstwa wszak są rodzinne). Przenosi się to na urzędy i prawdziwe frukta dla polityków wiejskich, wszelakie agencje związane z rolnictwem.

Wszystko to, co jest poza miastem, to obszary wiejskie. Zdecydowanie większa powierzchnia od miast. To zostało opanowane przez PSL, ludzi sikawkowego Pawlaka. Donald Tusk temu nepotyzmowi wypowiedział wojnę (w mediach), bo już musiał. Szanse na wygranie ma znikome. Gdy będzie chciał arbitralnie PSL wypchnąć z ich obszarów, Pawlak zawsze powie: Wychodzimy.

We wcześniejszych koalicjach, także w obecnej, urodziwy zwycięzca musiał  tego Kopciuszka brać do mariażu, choć on cały jest w pryszczach nepotyzmu i kumoterstwa. Ten trądzik pokazał się w pełni lata, rozkwitł, choć cały czas pod powierzchnią był, dojrzewał. O praktykach PSL wiedzieli wszyscy, politycy i dziennikarze, ale dziwnie tego nie wypominali. Widocznie władzy do twarzy z pryszczami na twarzy. Wyborcy akceptowali/akceptują?