Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronisław Komorowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronisław Komorowski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 września 2013

Kaczyński jak oficer polityczny oskarża bez dowodów


Jarosław Kaczyński byłby dobrym prokuratorem - nawet szczebla krajowego, acz nie generalnym - a Antoni Macierewicz oficerem śledczym. Z początku wiele spraw by przegrali, byłaby nadzieja, iż z czasem potrafiliby gromadzić materiał dowodowy, interpretować go i na tej podstawie formułować oskarżanie. Nauczyliby się porządnie przynajmniej jakiegoś fachu.

Niestety są politykami, a w polityce wszystko można powiedzieć, największe brednie, co skutkuje zainteresowaniem mediów, bądź zaserwować populistyczne hasła, na lep których łapią się co bardziej bezkrytyczni wyborcy. W prawie obowiązuje fachowość, w polityce niemal wszystko można wypuścić ustami, a te opary cytatów i komentarzy wędrują po łamach i stronach internetowych.

Więc mamy Kaczyńskiego polityka, a gatunkowo politycznego prokuratora. Kiedyś w wojsku podobną rolę spełniał oficer polityczny, który pilnował zgodności dyrektyw partyjnych z realizacją ich w karnych szeregach.

Prokurator polityczny zaatakował otoczenie prezydenta Bronisława Komorowskiego i głowę państwa. Stygmatyzował ich pracą w WSI, filii rosyjskiego wywiadu, bądź w PZPR. Jak to prokurator stanął przed publiczną ławą przysięgłych wyborców i rzekł: "z faktami trudno dyskutować".

Ani gen. Stanisław Koziej, ani Tomasz Nałęcz, ani głowa państwa, nie są faktami, to są ludzie, którzy potrafią się bronić. Kaczyński zaś faktów nie przedstawił, tylko "bezdyskusyjność", a to dlatego, jak wyżej napisałem, nie potrafi gromadzić materiału dowodowego, bo nie jest fachowcem prawa, ale politykiem, który może wypowiedzieć wszelką brednię.

Gdyby Polska była normalnym krajem, a przynajmniej gdyby normalna była klasa polityczna, Kaczyński za takie "prokuratorskie" insynuacje zostałby wezwany przez pomówionych na wokandę sądową. I pewnie tak by się stało, mimo naszej "nienormalności", ale Kaczyński tak zniszczył sferę publiczną, iż z powodu tych pomówień nie wychodziłby z sądu. Musiałby w nim biwakować. Więc wszyscy mu odpuszczają.

Na plus Kaczyńskiego należy zaliczyć, że dobrze sprawuje się, jako oficer polityczny, gdyż jego karne szeregi są wprzęgnięte w dyrektywę partyjną. Rzecznik PiS Adam Hofman powtórzył słowa prezesa toczka w toczkę: "To nie jest kwestia oskarżenia, ale faktów".

Kaczyński w swoim wojsku jest w randze generała politycznego, marzy o marszałku, gorączkuje wraz z jadącą w górę temperaturą sondaży.


wtorek, 30 lipca 2013

Sasin został z dyshonorem. Co z nim zrobi?


Czy Jacek Sasin okaże się niepokornym posłem PiS i nie przeprosi prezydenta RP Bronisława Komorowskiego za słowa, które z taką ochotą przekazał w wywiadzie bardzo - ale to bardzo - obiektywnej gazecie "Nasz Dziennik". Słowa te pochodzą z trzeciej ręki - a dokładnie ucha - bo słyszał je ktoś, kogo świadek obrony Sasina, Maciej Łopiński, nie chciał wydać w sądzie.

Honorowi są Sasin i Łopiński rozpowszechniający plotki. Bo ten świadek, którego nie wydali nazwiska, mógł też słyszeć z innych ust, a tamten jeszcze od kogoś innego. Wychodzi na to, że ulubionym zajęciem posłów PiS jest analiza plotki w wywiadzie dla bardzo - ale to bardzo - rzetelnego "Naszego Dziennika".

Dla pamięci - owe słowa wypowiedziane przez Komorowskiego: "Lecha nie ma, ale został ten drugi" i zripostowane przez Radosława Sikorskiego: "Mamy jeszcze jedną tutkę". Jakoby miało to się dziać podczas mocno zakrapianej imprezy.

Honor prezydenta został odebrany, lecz sąd oddał mu honor, zostawiając Sasina z dyshonorem. Honor jest zero-jedynkowy. Pytanie: czy Sasin z dyshonorem przeprosi pierwsza głowę RP, który czasami ją zakrapia i czy Sasin będzie trzymał się swojej niepokorności. Mam nadzieję dowiedzieć się na ten temat z kolejnego wywiadu dla bardzo - ale to bardzo - rzetelnego "Naszego Dziennika".

Gdyby bookmacherzy przyjmowali zakłady na "przeprosi Sasin - nie przeprosi Sasin prezydenta Komorowskiego" uwzględniłbym swoją decyzję od casusu Rokita-Kornatowski i postawiłbym na komornika.

Polecam Sasinowi Perugię, w ciepłych krajach lepiej pielęgnuje się niepokorność, a przy okazji patriotyzm. A propos "drugiej tutki". Nigdzie nie mogłem doczytać, czym poleciał Jarosław Kaczyński do Gruzji. Czyżby to była tajemnica państwowa, aby służby Putina nie strąciły prezesa.

Nie doniósł tego na Twitterze niepokorny reporter Ryszard Czarnecki, ulubiony poseł nieżyjącego Andrzeja Leppera, a jedynie analizował "wspólne doświadczenia obydwu narodów Gruzji i Polski". A jakie to doświadczenia? "Myślimy podobnie o rosyjskim zagrożeniu".

Myślałem, że prezes PiS poleciał do Tbilisi po najwyższe odznaczenie tego kraju Order Zwycięstwa (nad Rosją - mój przyp.) św. Jerzego. Wiadomo, że Kaczyński ma największy wkład w zwycięstwo w Gruzji - i słusznie św. Jerzy mu się należy.

W każdym razie polska polityka kwitnie, kwitnie niepokorność polityków i reporterów. A Perugia kwitnie jeszcze bardziej, polecam ją Sasinowi, który może tam zaleczyć swój dyshonor. Rokita przetarł ścieżki.

środa, 26 czerwca 2013

Polska dla polityków to kukła wypchana pakułami


Polska nam się sypie. Politycy kraj traktują, jak kukłę wypchaną pakułami. Większość ma pomysł, jak nas uszczęśliwić. Nakłuwa kraj szpikulcem swoich jedynych racji i wydłubuje wnętrze. Poniekąd słusznie twierdząc, że to pakuły, a nie treść.

Sekundują im dziarsko publicyści od lewej do prawej. Nazwanie pakułów pakułami jest nader łatwe, lecz wyartykułowanie jaką treścią winny być zastąpione - intelektualnie niemożliwe. Nie debatujemy, ale gryziemy się po łydkach. Szczujemy się nawzajem.

Nie bądźmy zdziwieni, że któregoś dnia obudzimy się w Polsce niedemokratycznej, jak wskazują na to badania prof. Janusza Czapińskiego. Polakom coraz mniej podoba się ustrój, w którym mają decydować za siebie. Wolą rację nadrzędną, niesprawdzalną, ale chwytającą naród za twarz: zamordyzm. Polacy także lubią swoich wrogów. Jest wówczas na kogo zrzucić winę za własne niepowodzenia.

Nie potrafimy przegrywać, aby czegoś nauczyć się z porażek. Takie jest doświadczenie demokracji o wiele starszych od naszej. Któregoś dnia otwierasz oczy, a premierem, bądź prezydentem jest jakiś ksiądz Tiso. W polskim przypadku może to być ojciec Rydzyk, albo Jarosław Kaczyński, który ma wszelkie dane wstąpić do zakonu, bo ani nie posiada "osiągnięć" małżeńskich i zero potomków, za to misję do spełnienia.

Intelektualnymi przewodnikami zostaną Krystyna Pawłowicz, Ryszard Legutko, naukowcy z poznańskiego AKO, którzy będą rozdawać medale Przemysła II. Przynajmniej ich wykłady nie będą zakłócane przez narodowców z NOP i innych faszystów.

Czasy Tuska i Komorowskiego mogą szybko okazać się złotym wiekiem polskiej demokracji. Zresztą już dzisiaj widać, iż po 1989 roku to najbardziej przytomni politycy. W rzeczywistym porównaniu z nimi inni przegrywają z kretesem.

Dwa przykłady z jednego dnia. Próba reformy sądów rejonowych nie mogła dojść do skutku, bo politycy wszystkich opcji mieli interesy, aby strukturalną skamielinę utrzymać w dotychczasowym stanie, a gdy wreszcie udało się upchać jakąś reformę, powstała kontrustawa, którą zawetował prezydent Bronisław Komorowski.

Drugi przykład to Komisja Trójstronna, która okazuje się niewystarczająca dla związków zawodowych, bo te nie potrafią zawierać kompromisów, jedynie dyktować warunki rządowi i pracodawcom. Zapewniam wszelkich związkowców, że pracodawcy dadzą sobie radę bez zrewoltowanych funkcjonariuszy związkowych, nawet gdy użyją w swoich protestach śrub i płyt chodnikowych. Związki zawodowe nie rządzą, co przypomniał Donald Tusk. Związki zawodowe spijają śmietankę, na którą ciężko pracują Polacy.

Polacy w stosunku do swojego kraju są ignorantami, bo takich, a nie innych wybierają reprezentantów. A ci mają misję do spełnienia i szpikulec w rękach. Bardzo łatwo idzie im wydłubywanie skromnego wnętrza. Wydrążeni politycy, wydrążeni ludzie, coraz bardziej wydrążony kraj. Dlatego młodzi Polacy, którzy mają jeszcze trochę oleju w głowie, nie chcą pozostawać tutaj na miejscu, a gdy uda się na obczyźnie, nie chcą wracać do wydrążonego kraju.

środa, 5 czerwca 2013

Bronisław I Śmiały


Prezydent RP Bronisław Komorowski, jako świecka głowa państwa, wszedł w spór z Kościołem i znajduje się na ścieżce wojennej z tą instytucją, czyli na równi pochyłej do ekskomunikowania.

Dzisiaj narzędzia władzy są perswazyjne, skutki mogą być podobne, jak to w dawnych czasach bywało. Hierarchowie ogłosili wyższość prawa boskiego nad ludzkim, więc prezydent wszystkich Polaków spróbował pogodzić ten bicz boży z wrażliwą częścią ciała (rozumem), na spotkaniu w Lednicy powiedział, że "żyjemy w świecie zróżnicowanym i nie ma jednego prawa bożego".

Kościół powinien się z tego cieszyć, bo prezydent nad jedno prawo stanowione przez ludzi postawił wiele praw bożych. Wiele biczów bożych, istna chłosta.

A co usłyszał Komorowski ze strony Kościoła? Andrzej Jaworski z PiS, ktoś w rodzaju kościelnego w gmachu przy Wiejskiej, poczuł pismo nosem, wybiegł przed szereg, niewiele jednak zrozumiawszy, wypowiedział się, iż "jego słowa (prezydenta - przy. mój) o relatywizmie moralnym wprowadzają wiele osób w osłupienie".

Jaworski jako słup soli, żona Lota, jest w Sejmie z tego znany. Dużo ważniejsze słowa padły z ambony Kościoła, a taką są media o. Rydzyka. W Radiu Maryja ministrant "papieża z Torunia", ks. prof. Paweł Bortkiewicz zapowiedział: "Osoba, która reprezentuje takie poglądy, sama siebie wyklucza ze wspólnoty Kościoła".

Pozostaje kwestią, kto wykluczenie głowy państwa, prezydenta RP, oficjalnie ogłosi. Ekskomunika (wykluczenie) ma różną wartość w różnych ustach. Dzisiaj najwartościowsze są słowa o. Rydzyka, mniejszą wartość mają szefa Episkopatu abp Józefa Michalika, a mizerną prymasa abp Józefa Kowalczyka.

Nad głową państwa polskiego wisi klątwa. Jak sobie Komorowski z nią poradzi? Czy nauczył się czegoś z historii, z przypadku Bolesława Śmiałego, czy wycofa się do swojej skorupy Pałacu Prezydenckiego przy Krakowskim Przedmieściu?

Znając jego odwagę z czasów PRL, mam prawo sądzić, iż zachowa się wobec ekskomuniki jak poprzednik z XI wieku Bolesław. Narzędzia perswazji są dzisiaj zdecydowanie bardziej cywilizowane, łagodniejsze, niemniej winny być wprowadzone za pomocą dostępnego prawa, a tym - panie prezydencie - jest prawo stanowione przez ludzi, a nie bicz boży. Chłosta wyszła z użycia.

sobota, 1 czerwca 2013

Prawo boskie w polskim rycie lokalnym

Kard. Stanisław Dziwisz powiedział o wyższości prawa boskiego nad tworzonym przez ciało ustrojowe, Leszek Miller zapytał "strażnika konstytucji", prezydenta Bronisława Komorowskiego, jak odnosi się do tej gradacji, przy okazji nazwał Polskę Iranem. Halabardnicy strażnika konstytucji odpowiedzieli (Jan Lityński i Joanna Trzaska Wieczorek) Millerowi. Rzecznik prezydenta została przez szefa SLD zrugana, a strażnik konstytucji zamienił się w strażnika żyrandola.

O co chodzi? O nic nie chodzi, kler pcha palce w polityczne drzwi, Miller chciał je przytrzasnąć. Zdaje się, że nie wyszło, pochuchał inny kardynał Kazimierz Nycz.

Prawa boskiego nikt na oczy nie widział. Kościół katolicki przez dwa tysiące lat tworzy prawo kościelne, które jakoby ma być objawione i otrzymuje w ich deklaracji sankcję niebieską.

W Polsce prawo kościelne ma koloryt lokalny, ryt polski: polskie prawo kościelne. O. Rydzyk może besztać prezydenta i premiera, deptać za multipleksem cyfrowym dla swojej telewizji, hierarchowie w dni kościelne - a jest ich więcej niż niedziel w kalendarzu - wygłaszać  takie bzdety, jak kard. Dziwisz i Nycz o prawie, którego nikt nie widział, a kardynałowie na pewno.

Tak się bawią elity polskie: świeckie i kościelne, wyrywając sobie nawzajem wyższość praw. A tymczasem 65% proc. Polaków nie ma na kogo głosować, bo Sejm nie potrafi zająć stanowiska w takich sprawach dla nich ważnych, jak in vitro, związki partnerskie, etc.

Tchórzostwo elit, aby emancypować naród, zamienia je w cyrk przy Wiejskiej. Polityka polska ma twarz Krystyny Pawłowicz, która jest żadnym nauczycielem akademickim, zdegradowała te elity do poziomu szkoły podstawowej, a może nawet przedszkolanek.

Może Donald Tusk jest fenomenem, postacią polityczną, która 10 lat przewodzi w swojej partii i po raz pierwszy po 1989 roku sprawuje najwyższy urząd drugą kadencję, lecz reszta elit i Polaków należy do polskiej normy. Ryt lokalny, aberracje folklorystyczne, prawo zaś kościelne.

Polski skansen trzyma się mocno. Dziwisz, Pawłowicz, Gowin będą czytać z rękopisu prawo boskie, a parlamentarzyści zaś "ruki po szwam", będziecie je zatwierdzać.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Narodowcy, środowiska smoleńskie, kluby "Gazety Polskiej", kibice i PiS mobilizują się przed 1 marca



Prezydent Bronisław Komorowski powinien trochę wyhamować ze swoim patriotyzmem. Niedługo nie będzie w kalendarzu dnia bez jakiejś narodowej pamięci. Już trudno bezinteresownie - sobie a muzom - biesiadować. 

Sejm dwa lata temu ustanowił 1 marca Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych, prezydent pobieżył wówczas na Grób Nieznanego Żołnierza i na Rakowiecką, zaniósł kwiaty. Piękne. Ale jeszcze wtedy nie wybudziły się środowiska narodowe, bo one "Monitorów" nie czytają, innych druków zresztą też. Chodzą, buczą, w kominiarki się ubierają, czasami cisną płytą chodnikową.

A w tym roku zdążyli się wybudzić, bo "Gazeta Polska" i inne podobne "niepokorne" periodyki wyprodukowały komunikaty, że oddadzą hołd. Zawiązali nawet odpowiedni społeczny komitet obchodów, w którym zapewne 1 marca miejsce koło Sakiewicza i innego Ziemkiewicza będzie możliwe do zajęcia za odpowiednią gratyfikacją.

W opublikowanym komunikacie owego komitetu retoryka, która jest nowym zjawiskiem w języku, tzw. zatwardzeniem patriotycznym. Przypominają o „hołdzie tym, którzy po latach okupacji niemieckiej, po wkroczeniu na ziemie polskie sowieckich i rodzimych komunistów, mieli odwagę wytrwać w walce o niepodległą Polskę. Po wojnie z bronią w ręku zginęło ponad 20 tys. »żołnierzy wyklętych «”.

Taki Łupaszka, jakby łupnął tych pamiętliwych patriotów, to nogami by się nakryli i w tej figurze alegorycznej na dłużej pozostali. Coś o nim wiem, bo pisałem jeden z pierwszych i poznałem jego partyzantów.

W` tych obchodach nie chodzi przecież o żadnych żołnierzy wyklętych, ani o pamieć narodu, nasza endecja takowej nie posiada, udowadnia to na każdym kroku. Niszczona jest przez nich nasza historia, nauka o niej, czyli wyciąganie nauk z tejże historii.

Tym twardogłowym z zatwardzeniem patriotycznym, które ma odpowiednią konsystencję i barwę: brunatność, najwyższy czas nakopać, aby w na orbicie się wypróżniali.

czwartek, 8 listopada 2012

Seremet przybędzie do Komorowskiego na RBN


Cezary Gmyz wyznał, że nie ma poglądu na temat tego, co się stało w Smoleńsku, ale chce dążyć do prawdy. Za to inni mają poglądy i też dążą do prawdy. Poglądy dane z góry, dlatego do tej prawdy zdążają na Krakowskim Przedmieściu, jakby inne drogi do prawdy nie prowadziły.

Akurat w sprawie wszelkich katastrof najwięcej do powiedzenia winni mieć eksperci i to wysokiej klasy, najlepsi. W Polsce wystarczy mieć poglądy, najlepiej o określonym zabarwieniu politycznym, a wówczas dostępuje się prawdy.

Za Smoleńsk wziął się prezydent Bronisław Komorowski i sprawę postawił na Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, stało się tak z powodu artykułu Gmyza, który nie ma w tej sprawie poglądu. Na RBN zjawił się Zbigniew Ziobro, który przyjął członkostwo tego ciała, od razu spotkał się z publiczną krytyką przedstawiciela obozu, którego prezes "nie podaje ręki" byle komu. Adam Hofman elegancko nazwał Ziobrę "maskotką i przystawką obozu władzy", a prezydenta "ostatnią osobą, która w tej sprawie powinna zabierać głos".

Hofman wreszcie mógłby przeczytać Konstytucję i dowiedzieć się od kolegów partyjnych cóż kryje się za określeniem "głowa państwa", jakie ma prerogatywy i co to jest ta RBN. A poza tym najlepsi eksperci polscy zajmowali się przyczynami katastrofy smoleńskiej, a nie tacy, jak on dostarczyciele poglądów na prawdę. Jaki wpływ na pracę dużego gremium ekspertów może mieć artykuł dziennikarza, który nie ma poglądu, za to informację z 4 wiadomych mu źródeł, weryfikowanych przez jego umysł?

Mataczą nie ci, którzy mają wiedzę i dostęp do dowodów, lecz mataczą ci, którzy co kwartał mają inną koncepcję prawdy, wysnutą z poglądów. Błędem ekipy rządowej było, że nie zbijano zmieniającej się prawdy, najpierw helowej, a obecnie dwóch wybuchów. Zdaje się, że pojawia się nowa prawda, o której w jednej stacji radiowej mówił Joachim Brudziński, że ktoś mógł wnieść na pokład materiał wybuchowy. Macierewicz będzie pewnie wyjaśniał, kto to mógł być (pewnie talib z PO) i czy zrobił to świadomie, a może zamiast kanapek na śniadanie miał trotyl owinięty w "Gazetę Wyborczą".

Na następne posiedzenie RBN ma przybyć prokurator generalny, który przedstawi informacje dotyczącą katastrofy smoleńskiej, ale już powiedział, że "prokuratorzy nie znaleźli żadnych dowodów potwierdzających hipotezę wybuchu" (czyt. trotylu).

Tytułem dowcipu Seremet dodał: przybędzie na RBN, "jeżeli dożyje", bo to dopiero 19 grudnia. Macierewicz powinien wysłać jakąś ekipę filmową, aby zanotować na taśmie to, co Seremet już powiedział. A co do Gmyza: jak będzie sprzedawał swój produkt trotylowy, za który wyleciał z "Rz", gdy nie ma poglądów na temat tego, co się stało w Smoleńsku? Prawda jest tylko jedna, wyartykułowana: "zbrodnia niesłychana".

piątek, 10 sierpnia 2012

Smoleński profesor - Krasnodębski


Sezon ogórkowy w pełni. Media chwytają się każdego tematu: buczenia, Amber Gold, wyżyn sondażowych Komorowskiego. Intelektualnie to bezpłodne, można jednak u osobników, którzy skrobią te tematy, określić głębię ich wiedzy i cechy charakterologiczne.

W urlopie od roku akademickiego odzywają się profesorowie, jak Zdzisław Krasnodębski. Typowy klerk, zakładnik jednej idei. Nie trzeba szperać w jego biografii naukowej, aby opisać dlaczego nie wzbije się wyżej nad jeden temat, któremu służy niezależnie od jego racjonalności. Na swój użytek (bo nie mój) potrafi zracjonalizować swojego feblika. Ba, ten feblik to jego cienie na ścianie w platońskiej jaskini filozofów.

Krasnodębski nie inaczej postrzega prezydenturę Bronisława Komorowskiego, którego potrafi opisać tylko przez jeden strychulec: Smoleńsk. Opisując prezydenturę Komorowskiego w TOK FM  Krasnodębski postrzega ją tylko przez jedno oczekiwanie: „obowiązkiem prezydenta RP jest dbanie o śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej”. Więcej oczekiwań nie ma Krasnodębski, odsyłam do obszernej rozmowy dostępnej w sieci.

Ileż trzeba samozaparcia intelektualnego, aby funkcję głowy państwa pomylić z kompetencjami komisji śledczej. Niezależnie od tego, jak ona została powołana i na podstawie jakiego prawa międzynarodowego. Ileż trzeba samozaparcia, aby zawężać rolę prezydenta do jednego tragicznego zdarzenia, aby głowa państwa była w tej kwestii arbitrem.

Gdyby Krasnodębski nie był klerkiem, opuściłby swojego feblika (irracjonalny cień na ścianie), zadał sobie pytanie: jeżeli drąży mnie ten temat, fajnie, nie mogę mojej głowy uczynić wolną, więc zacznę od metodologii smoleńskiej, bo jestem profesorem smoleńskim.

Krasnodębski mógłby posunąć się w myśleniu jaskiniowym dalej: do katastrofy lotniczej doszło, ale nie doszło do katastrofy państwa. Jako socjolog ma na to twarde dowody statystyczne i socjologiczne. Ma też miękkie dowody aksjologiczne.

Gdyby Krasnodębski nie był klerkiem zadałby sobie jeszcze dalszy ciąg pytania: odpowiedzi na temat Smoleńska nie można wszak szukać w skutkach katastrofy, a w przyczynach - dlaczego do niej doszło. Te przyczyny nie są personalne (tyle chyba potrafi stwierdzić Krasnodębski), a strukturalne. Struktura nie tyle dotyczy funkcjonowania państwa (też, też), ile uprawiania polityki, wpisywania się w idee konkretnych polityków i ich wydrążanie.

Dużo więcej poprzez takie postawienia kwestii uzyskałby Krasnodębski. Nie wymagam za dużo od nauczyciela akademickiego, który jest na urlopie. Klerk Krasnodębski nie korzysta jednak w pełni z uprawnień umysłu, z narracji, która sama się konstytuuje, gdy opuści się choć na chwilę cienie na ścianie.

Czy można socjologowi radzić, aby sięgnął do podstaw swojego myślenia, do pozycji, która jego wybór feblika definiuje: dlaczego posługuje się jednym strychulcem przy opisie np. prezydentury Komorowskiego, czy można radzić, aby bez feblika przestudiował Juliana Bendy?

Inny profesor, Wojciech Sadurski, opisując swoją „słabość” do pewnego prawicowego portalu  napisał, że lubi takie „połączenie dziadostwa z zadęciem, mizerii z butą, nieudolności z moralnym wzmożeniem”. Krasnodębski wszak na tym portalu jest intelektualnym guru.

Do tego profesora smoleńskiego oprócz określenia klerka, które opisuje Bendy, jakby Krasnodębskiego miał przed sobą i chodziło Francuzowi o jego dorobek naukowy, nasz smoleńczyk to wypisz-wymaluj leming, które to zwierzątko zostało powołane (przez niego lub kogoś podobnego), aby odpędzić strachy na ścianie.

Na akademickim urlopie takimi zmorami dzieli się Krasnodębski. Media są fajne, opisują mizerię nauczyciela akademickiego, który został smoleńskim klerkiem.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Sondażowy orzeł - Komorowski


Bronisław Komorowski od początku swojej prezydentury pozycjonował się w stosunku do poprzednika i adwersarza z kampanii wyborczej. Do dwóch Kaczyńskich, których lubimy wrzucać do jednego worka, a którzy przy opisie 2. lat prezydentury Komorowskiego okazują się poręczni.

Poprzednik – Lech Kaczyński – był prezydentem wybranej części Polaków, notowania sondażowe miał, jakie miał (kiepskie; bez szans na reelekcję), dużą uwagę przywiązywał do polityki zagranicznej, szczególnie wschodniej, gdzie wchodził w konflikt z Radosławem Sikorskim. Czy miał jakieś zasługi? Śmiem twierdzić, że nie. Zażegnanie konfliktu wojennego w Gruzji to zasługa Sarkozy’ego.

Podobnie jest z Komorowskim. Wschód dla Polski jest przegrany. Prostowanie Janukowycza do jakichś norm demokratycznych nie wyszło (kto pamięta o Tymoszenko, gdy Euro 2012 minęło?). Litwa ciągle pokazuje nam język: tylko swój. Białoruś – szkoda gadać. Na Rosję mamy taki wpływ, że gdy Kreml chce nami manipulować, politycy w kraju się kłócą o to, kto dał się wkręcić Putinowi.

Wschód to nasza przegrana polityczna. Zarówno poprzednik przegrywał, jak i Komorowski. Czy jednak wcześniej w historii było inaczej. Nie. Wschód to constans, skąd w czasie kryzysu może nadejść cios -nóż wbity w plecy. Kiedyś tak było, dzisiaj panuje akurat cisza przed burzą, do tego prędzej, czy później dojdzie. Czy ktoś ma wizję polityki wschodniej, oprócz zaklęcia: myśli politycznej Piłsudskiego lub Giedroyca?

Przynajmniej Komorowski nie chciał się realizować na Zachodzie – w UE i USA. Czas jednak dla takich realizacji fatalny. Europa jest zajęta swoim pawim ogonem kryzysu w strefie euro. Polska może najwyżej nieśmiało zaproponować: więcej demokracji i śmiało do przodu np. z federalizmem. Ale to jedynie nadaje się na światłe eseje politologiczne, ale nie do bieżączki politycznej. Czy zasługą Komorowskiego jest, iż w Brukseli nie wyrywał Tuskowi krzesła podczas posiedzeń RE? Mógł to zrobić, ale pamiętał o poprzedniku.

Tłem dla prezydentury Komorowskiego wcale nie był Tusk (nie chodzi o to, iż są z tego samego worka partyjnego). Komorowski pozycjonował się do żyjącego brata bliźniaka, Jarosława Kaczyńskiego. Najlepiej opisują to słynne wcześniejsze słowa obecnego prezydenta: „Jaki prezydent, taki zamach”. Poprzednik spoczął na Wawelu, a bliźniak wydeptuje pomnik na Krakowskim Przedmieściu i umacnia przekonanie w wybranej części narodu, że ten zamach jednak był. Wszystko odbywało się pod oknami Pałacu Prezydenckiego i to był główny widok na Polskę, z którym Komorowski się oswajał. Tak jak potrafił tę procesję chciał zawrócić, udało mu się to z przenośnym (wędrującym) krzyżem, który znalazł się wreszcie we właściwym miejscu.

Opisuję prezydenta przez obrazki, można robić to poprzez prawo (ustawy), ale prezydent parafuje je, bądź nie. Przy nadmiernym sprzeciwie może najwyżej wszczynać wojny (nie będą one nosiły znamion kompetencji, od tego jest Trybunał Konstytucyjny). Prezydent jest przede wszystkim strażnikiem Konstytucji i ładu emocjonalnego w kraju. Z tych ostatnich obowiązków wywiązał się należycie. Zarzuty pod jego adresem w owych kwestiach albo są obciążone jawną niechęcią, albo nieznajomością zakresu kompetencji, które tak w ogóle są zbyt małe, jeżeli uwzględni się, iż głową państwa zostaje się przez powszechne wybieranie.

Za to otrzymuje prezydent premię od Polaków, duże (ogromne?) poparcie. Na dwulecie prezydentury wyszedł z żywą intelektualnie propozycją polskiej tarczy antyrakietowej. Nie przywiązywałbym znaczenia do patriotycznego przymiotnika. W kraju może ożywić dyskusję o zagrożeniach geopolitycznych, które w czasie kryzysu – a taki nadchodzi – są zasadne. Liczyć możemy na NATO, przede wszystkim na silną Polskę w strukturach tego sojuszu.

Dla Polaków Komorowski jest  orłem sondaży. Zdecydowanie lepszym od większości krajowych polityków. Może ten orzeł winien być okazalszy. On jest jednak z naszego gniazda. Chcielibyśmy aby wzbijał się wyżej, z wysoka jednak kiepsko widać naród. Nie wymagajmy od kogoś więcej, niż sami możemy dać.  A Polacy swoje możliwości prezentują na każdym kroku, jak choćby na Igrzyskach w Londynie. Za mało medali? Zdobądź, orle, je sam. A nie krakaj.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Komorowski: zbudujmy polską tarczę antyrakietową


Mija drugi rok prezydentury Bronisława Komorowskiego. Obecny prezydent od poprzednika różni się katastrofą. Poprzednik - Lech Kaczyński - był katastrofą polityczną, zakończył dosłowną katastrofą - smoleńską.

Obecny prezydent jest często niewidocznym politykiem, może dlatego tak dobrze oceniany przez Polaków. Od początku prezydentury cieszy się największym zaufaniem rodaków.

Czy to jest metoda polityczna? Nie przeszkadzać, a Polacy sobie poradzą. Potrafią?

W polityce niekoniecznie jest to słuszna teza.

Piszę jednak nie z okazji 2. rocznicy prezydentury Komorowskiego, ale z powodu jego propozycji: tarczy antyrakietowej made in Poland.

Propozycja zaskakująca, ale czy interesująca? Weźmy obronę kraju w swoje ręce.

Takie przesłanie powinno być rozpatrzone z wielu stron. Wszystkie za i przeciw.

Przede wszystkim Komorowski proponuje tarczę w ramach NATO. Ten pakt (obronny?) jest w tej chwili w rozsypce. Taka propozycja może te tendencje destrukcyjne odwrócić.

Siłą tarczy w ramach NATO jest, iż Amerykanie nie mogliby nam odmówić dostępu do technologii.

Taka propozycja to także ruszenie tematu obrony UE, która musiałaby zająć konkretne stanowisko.

Jakie są koszty własnej tarczy antyrakietowej? To może być największa słabość, bo opinia publiczna może ocenić, iż na taki wysiłek nas nie stać. Polacy - jak wszyscy - chcą otrzymywać, a nie dawać.

Oby to nie był tylko PR prezydenta. Myśl z własną tarczą antyrakietową jest na tyle świeża, iż wielu komentatorów nie będzie w stanie jej podjąć - zbyt kwadratowe umysły.

Należy tę propozycję przeanalizować głębiej. Bez uprzedzeń - kto ją zaproponował i jakie siły polityczne reprezentuje.

Polska jest własnością wszystkich Polaków, a nie tych słusznie myślących, ani tych, którzy odrzucają obce im idee. Ojczyzna jest dla tych pierwszych i ostatnich, jest jedna.

Siłę państwa buduje się na kilku poziomach, a najważniejszymi są ekonomia i militaria.

Kościół i Komorowski w tygodnikach


W polityce nudy. Ile można wałkować: bić się, czy nie bić? Jeden z najstarszych tematów publicznej debaty.

Za jaką cenę krwi uzyskać wolność, niepodległość? Wydaje się, że zawsze płaciliśmy wysoką cenę. Powstanie Warszawskie przysłoniło Powstanie Styczniowe, które było bardziej bezsensowe? A może nie. Wszak potem przyszedł pozytywizm, który dał kadry II RP.

Członkowie mojej rodziny byli jednymi z najważniejszych graczy ówczesnych władz powstańczych i partyzanckich. Pocieszę rodaków: inni płacili większy kontyngent krwi.

Zanurzamy się w historii bez sensu. Ważniejsze jest dzisiaj i jutro. W polityce puchy, za to w tygodnikach ciekawie. "Newsweek" zastanawia się nad Kościołem. Kto i jak może mówić o grzechach jego personelu (kleru). Ks. Lemański mierzy się z Szymonem Hołownią, który opuścił progi redakcji Tomasza Lisa.


Centralnym tekstem we "Wprost" jest wywiad z prezydentem Bronisławem Komorowskim, który zapowiada zmianę w stanowisku in vitro i związków partnerskich.

A także przedstawia propozycje polskiej tarczy antyrakietowej. Zupełne novum, na którą nie jest przygotowana publiczność, a także politycy. To propozycja zupełnie innego państwa. Najwyższy czas, abyśmy myśleli o innym wymiarze Polski, gdyż UE się wali. Nie wiadomo, co może powstać na jej gruzach. A Polacy muszą trwać.