wtorek, 29 października 2013

Mętna wojna na Platformie - dogrywka

W strukturach dolnośląskich oficjalna wojna w dwóch odsłonach odbyła się w sobotę, wygrał ją harcownik Donalda Tuska, Jacek Protasiewicz. A że jest to teren (był) Grzegorza Schetyny, uchodzącego za nr 2 (acz odsuniętego) w partii rządzącej, można było się spodziewać, że pokonany nie zadowoli się zapewnieniem zwycięzcy, że Tusk dla niego coś ma.

Dwa dni później nagranie korupcji politycznej w PO publikuje "Newsweek", medium wszak liberalne, a zatem zbliżone to Tuska, bądź szerzej: Platformy. Poseł PO Norbert Wojnarowski za głos na Protasiewicza chce przekupić delegata Edwarda Klimka, proponuje synekurę w KGHM.

Klimka nie dał się przekupić, pisze oficjalne oświadczenie. Ale Rafał Grupiński - szef Klubu parlamentarnego PO - na Twitterze jest za powtórzeniem zjazdu dolnośląskiej PO, stronnik Schetyny.

Portal naTemat.pl (własność Tomaszów Lisa i Machały), który wie co w "Newsweeku" piszczy, o dotarciu nagrania korupcyjnego w PO tak pisze: "Można się spodziewać, że za jego powstanie (nagrania - przyp. mój) i upublicznienie odpowiadają ludzie Grzegorza Schetyny". A korupcja polityczna była przewidziana przez schetynowców, aby w razie przegranej mieć argumenty za powtórzeniem wyborów na Dolnym Śląsku, bo w ten sposób skompromitowany Protasiewicz nie wystartuje.

Zatem schetynowcy podrzucili nagranie, a "Newsweek" chyba miał świadomość, że to ich robota, a nie jakiegoś dziennikarza śledczego.

Tyle da się odczytać z drugiej części wojny - dogrywki - w PO. Bardzo mętnej wojny i to prowadzonej w mediach. Walczące strony podrzucają nagrania, piszą na Twitterze, a my tylko możemy się domyślać, jak pozycjonowane są wojska.

Najświeższa wiadomość jest taka, że poseł PO Jakub Szulc z Dolnego Śląska złożył do Biura Krajowego PO wniosek o unieważnienie sobotnich  wyborów. O tym jak będzie, zadecydują władze PO na jutrzejszym posiedzeniu.

Jakakolwiek decyzja zapadnie, mętna wojna domowa w PO rykoszetami jej odłamków trafi w premiera. To samobój, może coś więcej, strony zaś poczynają sobie nieczysto.

poniedziałek, 28 października 2013

PiS zapięty na ostatni żołnierski guzik na Święto Niepodległości

W PiS wszystko zapięte na ostatni żołnierski guzik na Święto Niepodległości. Plan obchodów, media w gotowości, nawet gazetka wydrukowana. Na dwa tygodnie przed patriotyczną imprezą.
Okolicznościowy biuletyn nosi tytuł "Dziennik Niepodległości", bo PiS liczy dni, kiedy im władza słusznie przypadnie. Dobrze, że nie nosi tytułu "Bibuła Niepodległości", miałaby pełne znamiona konspiracji. Prawdopodobnie byśmy się o takiej bibule nie dowiedzieli. A może coś takiego mają? Trzeba cierpliwie poczekać do 10 listopada, bo tego dnia zaczyna się święto. Niezgodnie z kalendarzem polskich świąt, ale to nie PiS ten kalendarz układał.
Jak święto, zatem musi być wigilia tego święta, a 10. każdego miesiąca obchodzone jest comiesięczne święto tego, który tę niepodległość odzyskiwał i w imieniu jej poległ.
Nie wierzycie? W gazetce PiS, przepraszam: dzienniku pokładowym niepodległości, obok twórców II Rzeczpospolitej występuje nazwisko twórcy IV RP. Fragmenty przemówienia marszałka Józefa Piłsudskiego i fragmenty przemówienia Lecha Kaczyńskiego. Dzisiaj sąsiadów na Wawelu.
Niezadekretowane święto niepodległości jest tak obchodzone przez PiS, aby nie wejść w kolizję z innymi świętami niepodległości. W tym kraju - celowo nie piszę: Polska - obchodzone są trzy zorganizowane święta niepodległości. Te, które analizuję, narodowców, którzy wystąpią ze swoją infrastrukturą: straż, służby medyczne i ideologiczne oraz marsz prezydenta RP Bronisława Komorowskiego "Razem dla Niepodległej".
Kraj nam się nie tylko dwoi, ale troi. Wydawałoby się, że mamy wielkość wymarzoną od morza do morza. Kraj ten nazywa  się ponoć Polska. Wracając do gazetki/biuletynu/bibuły. Jarosław Kaczyński to najbardziej mobilny polityk w tym kraju - nie tylko dzisiaj, ale w ogóle - najbardziej rozchodzony. Warszawa 10. listopada, 11. królewskie miasto Kraków, a tam kolejny marsz i kolejne przemówienie. A że będą to podniosłe dni, można spodziewać się niejednego smacznego kąska retorycznego. Już zacieram ręce: twórczy jest Kaczyński, oj, twórczy.
Inna godna uwagi okoliczność. Możliwe, iż powinienem to zrobić na początku. Obchody dni niepodległości są społeczne. Broń boże, nie chodzi o czyn społeczny, bo nie w czynie społecznym prezes PiS tak maszeruje i nogami wymachuje: prawa, prawa, co za swołocz rusza lewą. Społeczne obchody to znaczy, że obchodzone w imieniu społeczeństwa, nas wszystkich: mnie, ciebie, ciebie też i tamtego, który się skrył, albo wstydzi. I co z tego, że obchody organizują Kluby "Gazety Polskiej", ktoś wszak musi organizować - no, nie?
W "Dzienniku..." są opublikowane sylwetki twórców niepodległości II RP: Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego, Romana Daszyńskiego, Wincentego Witosa, Wojciecha Korfantego i gen. Józefa Hallera. Czyli wszystkich.
PiS uczestniczy w społecznych obchodach, nas wszystkich, więc antenatami tej partii i poprzednikami Kaczyńskiego byli wszyscy twórcy: od lewicy do prawicy. To kolejna Godzina W. Siedemnasta? Nie wiem, czy dobrze chodzi mi zegarek. Może nie przestawiłem, gdy zmieniano czas.
Nie wiem nic o gazetce Komorowskiego, też powinien nam fundnąć jakiś biuletyn/bibułę. A narodowców nie chcę czytać, bo i tak Artur Zawisza wykrzyczy przez megafon to, czego nie chciałbym czytać.
Wielki mamy naród. Nie każdą nację stać na trzy święta tego samego dnia. Wielki kraj marzycieli: od morza do morza.

Blogerzy o odejściu Tadeusza Mazowieckiego

Odszedł Pan Tadeusz


Odszedł Pan Tadeusz. Odszedł, lecz nie zginął.

Tak układają mi się słowa, a pamięć posługuje się teraźniejszością.

Tadeusz Mazowiecki jest, choć odszedł. Trzasnął drzwiami, ale jego obecność jest.

Życie publiczne jest wredne. Aby było mniej wredne, trzeba po wyjściu Pana Tadeusza zostawić puste miejsce po nim. To powinno być miejsce nie tylko jego, ale przede wszystkim miejsce dla nas. Od czasu do czasu cicho, bez szurania - jak Pan Tadeusz - siadać na nim, bo on miał odwagę być mądry. Wówczas wróci do nas.

Ten trzask drzwi to nie rezygnacja, ten trzask mówi. Zostawił puste miejsce, wypełnijmy je sobą, wówczas on będzie. Tyle go będzie, ile w nas odwagi.

Panie Tadeuszu, nie żegnam, bo została twoja obecność. Trzask mądrości.

niedziela, 27 października 2013

Okładka "wSieci": oczywista oczywistość


Sporo trzeba mieć złej woli, aby w zdjęciu zamieszczonym na okładce nowego numeru "wSieci" dopatrzeć się tylko zadowolenia w postawie Donalda Tuska i takiegoż u Władimira Putina.

Spójrzmy na to zdjęcie szerzej. Choćby tak, że w uchwyconym w głębokim profilu Tusk przejawia poprzez gest zaciśniętych pięści determinację, a Putin jest sceptyczny, a może nawet wyrażający postawę: co mam z tym fantem zrobić, hekatombą lotniczą.

Bez uprzedzeń, złych emocji, dystansując się od poglądów. Trudne? Jeżeli tak, to indoktrynacja emocjonalna zdemolowała niejednego Polaka.

Groźne naprawdę są dopiero słowa Jacka Karnowskiego, które zamieszcza już w tytule króciutkiej zapowiedzi: "Dogadani?"

Po cholerę ten znak zapytania. Oczywista oczywistość przesłania. To jest groźne w pisaniu Karnowskiego. Nie będę znęcał się nad jego warsztatem dziennikarskim i operowaniem znaczeniami w języku polskim, najwyżej średnia krajowa: "im dłużej patrzymy na połączone wyraźną nicią porozumienia twarze Donalda Tuska i Władimira Putina, tym przerażenie jest większe". Redaktorze, pióro nigdy nie będzie twoją silną stroną.

Dominika Wielowieyska czuje się okładką "wSieci" uderzona obuchem i dopatruje się podprogowego przesłania: "Tusk z Putinem zamordowali 96 osób z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele".

Przepraszam, a inne przesłanie w prawicowych tygodnikach było (w 3. tygodnikach - dla porządku)?. Nieumiejętność polemizowania - nawet przy założeniu, że mają integralne poglądy - wykuwana była przez 3 lata z okładem po Smoleńsku.

To jedyne przesłanie: "Dogadani?" Karnowskich, Ziemkiewiczów, Sakiewiczów. Nie przeszkadza im kompromitacja poszczególnych osób i elementów kuchni smoleńskiej. Zanim Macierewicz zracjonalizuje swoją wpadkę, oni już to wcześniej zrobili.

Czy w Polsce może się oczyścić ta zafajdana atmosfera posmoleńska? Obawiam się, że nie. Potrzeba jakiejś silniejszej hekatomby niż w Rosji, aby zostały rozwiane smoleńskie mgły, w których błądzą (och, cynicznie, cynicznie) redaktorzy takich wstępniaków, jak ów komentujący fotografię Tuska i Putina.

Kłopotliwym zaskoczeniem jest najnowszy sondaż TNS Polska, aż o 9 punktów procentowych przewagi Platformy (41) nad PiS. To nie tylko dar z Konferencji Smoleńskiej od Jacka Rońdy i Chrisa Cieszewskiego. Aż tacy rozrzutni nie są, to coś głębszego, zarazem niepokojącego. PO nic nie zrobiła, aby jej tak podskoczyło. Czy polityka to wybór między gorszym, najgorszym i jeszcze gorszym od najgorszego.

sobota, 26 października 2013

Deepak Mishra w polskiej promocji smoleńskiego steku


Prof. Chris Cieszewski zastosował krętactwo stare jak świat. Zapowiadał co innego, niż zaserwował. Tak postępują kelnerzy. Zachwalają danie, a potem u spożywających podniebienie nie doznaje innych wrażeń, niż zwykle.

Cieszewski w materiałach przygotowawczych (a tak naprawdę: promocyjnych) wsparł się nazwiskiem Deepaka Mishry. Niemal wszystkim nic ono nie mówi, tylko branżowcom. Nie branżowcy zaglądając do jego cv, odkrywają NASA. Więc w ustach i rozumie pojawia się: ach, ach.

To, co dozwolone w promocji nauki, nie ma zastosowania w praktyce. Oczywiście w USA, bo w Polsce jest zupełnie inaczej. Nieprzypadkowo prof. Janusz Czapiński nie chce być tytułowany profesorem.

Na Konferencji Smoleńskiej Cieszewski wycofał nazwisko Mishry z promocji, bo zaserwował danie takie, jakie zaserwował: worek śmieci. Głodni spisków i wybuchów więc zakrzyknęli: ach, ach (podobnie było z parówkami).

Cieszewski ma świadomość, iż pozostawiając nazwisko Mishry złamałby standardy nauki amerykańskiej, acz nie polskiej. Zresztą niewielu to zauważyło, bo żyli zachwytem, a ten nie pozwala na szczegóły. Fastfood worka śmieci wówczas smakuje jak dobry amerykański stek.

Ten stek otrzymali uczestnicy zamkniętej przed mediami Konferencji Smoleńskiej, a następnie publiczność via media. Prawicowe portale zachwycone jednym chórem zabrzmiały: ach stek, ach stek. Reszta, którym rozum nie odebrało, podeszło krytycznie: jaki stek, gdy worek śmieci.

Zachowanie Cieszewskiego w konsumowaniu medialnym tego steku było takie, iż był tylko tam, gdzie worek śmieci brano za stek.

Roman Imielski, dziennikarz "Wyborczej", któremu takie żurnalistyczne steki jako worki śmieci nie odpowiadają, bo wyznaje trochę inne standardy profesjonalne, zechciał sprawdzić u źródeł, czyli u Deepaka Mishry, jaki był jego udział w tym "steku" worka śmieci, bo dziennikarze wyznający inne standardy niż Imielski, np. Grzegorz Wierzchowski z "Gazety Polskiej" podpierali się autorytetem Mishry. Wszak Imielski nazwiska nie wziął z sufitu, gdy leżał w pakamerze i odpoczywał od trudów pisania w "GW".

I dostał odpowiedź od Mishry, która w tym metaforycznym ciągu, który opisuję brzmiała: Jam nie śmieciarz, ale kucharz z najlepszej amerykańskiej jadłodajni. NASA to nie polskie standardy.

No, ale ci od innych standardów, niż Imielskiego, wyszukali zdjęcia z wiekopomnej Konferencji Smoleńskiej i na zrzucie z laptopa faktycznie nie było nazwiska Mishry, gdy Cieszewski referował. Nie było, bo nie mogło. Cieszewski wycofał Mishrę z promocji, a powrócił do standardów amerykańskich.

Ale nasz pieniacz narodowy Antoni Macierewicz doznał triumfalistycznego wniebowzięcia: ach, ach, stek, ach, ach wybuch tudzież inne parówki. Poseł PiS chce wyzwać Adama Michnika na pojedynek na ubitym polu prawa, czyli do sądu. Zapowiedział wytoczenie procesu.

No, cóż - polskie życie publiczne raczej wymyka się standardom światowym, jest workiem śmieci. Cóż: ach, ach, to nie stek. Och!

piątek, 25 października 2013

Abp Wesołowski w zapytaniach warszawskiej prokuratury


Polskie organa prawne są bezradne w prowadzeniu śledztw, gdy domniemanym podejrzanym jest duchowny. Nie tylko z powodu obowiązującego konkordatu, który nie precyzuje wielu kwestii.

W pełnym świetle tę niemożność widać w wypadku postępowania prokuratury w sprawie domniemanej (a wobec doniesień mediów - pewnej) pedofilii abp. Józefa Wesołowskiego.

Warszawska prokuratura zwróci się do Watykanu o pomoc prawną. Prokuratorzy chcą ustalić, czy watykańskie służby prowadzą postępowanie dotyczące Wesołowskiego i - pewne curiosum - czy możliwa jest jego ewentualna ekstradycja do Polski.

Piszę celowo tak grubymi określeniami nie tylko z powodu, że media tak opisują, ale w tych określeniach jest bezradność semantyczna. Czyżby Wesołowski nie był obywatelem Polski?

Niezależnie od tego, jak precyzuje konkordat, obywatel Polski podlega prawu polskiemu. A może w konkordacie są klauzule opisujące, które przestępstwa podlegają ściganiu przez państwo polskie, albo które artykuły kodeksu pozwalają na prowadzenie śledztwa.

Immunitet dyplomatyczny Watykanu nie jest tożsamy z immunitetem polskim. Polska prokuratura zapytuje, czy czyny polegające na czynnościach seksualnych z wykorzystaniem osób poniżej lat 15 i utrwalaniu treści pornograficznych z małoletnimi poniżej lat 15 objęte były immunitetem dyplomatycznym przyznanym abp. Józefowi Wesołowskiemu na Dominikanie.

Wcale to pytanie nie jest bezzasadne. Bo w Watykanie do lipca br. prawo dopuszczało czynności seksualne z innymi osobami już powyżej 13. roku życia. Wesołowski jakby się załapał na staro prawo przed Franciszkiem. Niemniej prawo watykańskie nie obowiązuje w Polsce, ani w Dominikanie.

Wniosek warszawskiej prokuratury na razie jest na biurku prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta. I ten ma nie lada orzech do rozgryzienia. Konkordat nie tyle wiąże ręce organom prawnym, co dopuszcza tyle rozlicznych interpretacji prawnych, iż nie wierzę, aby nasi prawnicy na wokandzie poradzili sobie z odpowiednią kongregacją watykańską, która ma doświadczenie tysiącleci.

Międzynarodowa umowa bilateralna między Polską a Watykanem jest nie z tego świata, nie z tego czasu. A te schody dopiero się zaczęły, stąd mobilizacja biskupów, że "w Polsce się rozpoczęła fala nienawiści wobec Kościoła" (akurat bp Kazimierz Ryczan).