wtorek, 10 listopada 2015

Pierwsze posiedzenie rządu w kościele, bo miesięcznica smoleńska


Dla takiej partii, jak PiS, daty są ważne. Bardzo ważne. Nie to, co pod nimi się kryje. Ale ta pozłotka, postawienie na baczność: ruki po szwam. Iść bezrefleksyjnie, prawa, prawa, kto tam rusza lewą.
Wczoraj była wigilia miesięcznicy smoleńskiej, podczas której prezes (PiS i Rady Ministrów) pozwolił p.o. premiera Beatcie Szydło przedstawić przyszłych ministrów Szydło oczywiście zaliczyła wpadki, jak choćby o Gowinie.
A dzisiaj miesięcznica, więc „rząd” zebrał się w komplecie na mszy. Komu oddali hołd? Nieważne, karność się liczy.
Katastrofa smoleńska to idea, którą wyznaje ta formacja u wadzy. Witold Waszczykowski w pierwszym dniu po medialnym nominowaniu na szefa dyplomacji (następca wykładowcy Harvardu) puścił ustami funeralną retorykę, że Smoleńsk zostanie zaskarżony do Trybunału w Strasburgu. Ale to nie jedyna wypowiedź o micie pisowskim w pierwszym dniu oficjalnej wiedzy o rządzie sformowanym przez prezesa Kaczyńskiego. Usta w tej kwestii otwierali także Karczewski, Witek.
Komuchy mieli myśl marksistowsko-leninowską, PiS ma smoleńsko-macierewiczowską. Tak samo jak za tamtego reżimu, w tym kursy odbywają się na różnych WUML-ach, instytutach imienia L.K, etc.
Dlatego fachowcy ideologom smoleńsko-macierewiczowskim przypomnieli, co to jest wiedza. Naczelna Prokuratura Wojskowa opublikowała wnioski biegłych, którzy badali katastrofę smoleńską: wybuchu nie było, winę ponosi załoga.
Uważam, że za życie innych zawsze odpowiada lider, przewodnik, pasterz, w tym wypadku dysponent lotu. Trzeba było nie startować w Warszawie, a pójść do kościoła na mszę i zmówić pacierz za zamordowanych w Katyniu (w tym dwóch z mojej rodziny). Dzisiaj surogatka prezesa nie musiałaby zwoływać pierwszego nieformalnego posiedzenia rządu w kościele.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Szydło z Macierewiczem i Ziobro w rządzie PiS (Kaczyńskiego)

W czasie kampanii wyborczej nie brane były pod uwagę ministerialne stanowiska dla Antoniego Macierewicza, ani Zbigniewa Ziobry. Gdy wyszło na wierzch, że  Macierewicz zostanie ministrem obrony, Beata Szydło zareagowała jak oparzona. Na chybcika zrobiła konferencję prasową i przedstawiła „prawdopodobnego” szeregowca Jarosława Gowina jako kandydata na szefa MON.
Dzisiaj znamy skład rady ministrów, to Antoni Macierewicz nie kłamał w Chicago, tylko w Warszawie Szydło z geby robiła cholewę. Może w USA nie ma atmosfery zakłamania, bo w Polsce, szczególnie w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej, te krętki blade moralności krążą w powietrzu, jak kiedyś widmo komuny nad Europą.
Gowin wreszcie został doceniony, bo dostał dwie propozycje ministerialne nie do odrzucenia. Jedną odrzucił, jak poinformowała Szydło na konferencji prasowej, a Macierewicz jako lucky loser został ministrem. Tak zrobieni zostali w konia wyborcy, acz nie był to łeb konia z „Ojca chrzestnego”.
Zbigniew Ziobro też wraca tanecznym krokiem, w wakacje groził mu Trybunał Stanu, a teraz będzie prostował ścieżki sprawiedliwości. Choćby dla koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Ten ma wyrok, jak „porządny” kryminalista – 3,5 roku bez zawiasów – lecz dostaje tak wrażliwą dla działania państwa funkcję.
Jak powiedziano na konferencji prasowej: „Sprawidliwość będzie po stronie Kamińskiego”. A jak nie będzie po stronie PiS, wszak Temida jest ślepa? Skład rządu Szydło więc jest pluralistyczny z wyrokowcem w składzie.
Piotr Gliński już może nigdy nie zrzucić odium premiera technicznego, został wicepremierem i na osłodę będzie kontrolował kulturę, w tym polskie Hollywood (marzenie prezesa).
Szydło dostała od Kaczyńskiego ministra oficera łącznikowego, Adama Lipińskiego, który dopilnuje, aby nie zaliczała za dużo wpadek. A będą – gwarantuję. Bo nikt nie dojrzewa intelektualnie w czasie kampanii, ani w tym wieku, w jakim jest premier Szydło.
Ministrem spraw zagranicznych został najwierniejszy akolita Kaczyńskiego, bezbarwny Mariusz Błaszczak, potwierdzając skądinąd przysłowia ludowe, że „każdy szeregowiec nosi buławę w plecaku”. Ten do dzisiaj nosił za prezesem.
Powyżsi ministrowie są do organizacji igrzysk. PiS jak nikt zarządza emocjami elektoratu. Nieważne, czy negatywnymi, czy pozytywnymi. W tym są najlepsi.
De facto tej zgrai będzie pilnowała najważniejsza osoba w rządzie Szydło, Mateusz Morawiecki, minister rozwoju i wicepremier, prezes Banku Zachodniego WBK. Ale do realizacji socjalnego programu PiS nawet „zdolności” Chucka Norrisa to może być za mało.
Skład rządu Kaczyńskiego z desygnowaną Szydło jest zaskakujący – jeżeli pamięta się kampanię – ale jest standardowy, bez mała klasyczny, gdy zna się prezesa Kaczyńskiego. Ten rząd pójdzie z Polakami (opinią publiczną) na zderzenie, wykopyrtnie się Szydło, a przyjdzie prezes „nie chcę, ale muszę”.
—
Oto skład rządu PiS:
Prezes Rady Ministrów: Beata Szydło
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego: Piotr Gliński – wicepremier
Ministerstwo Rozwoju: Mateusz Morawiecki – wicepremier
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego: Jarosław Gowin – wicepremier
Ministerstwo Finansów: Paweł Szałamacha 
Ministerstwo Skarbu Państwa: Dawid Jackiewicz
Ministerstwo Zdrowia: Konstanty Radziwiłł
Ministerstwo Cyfryzacji: Anna Streżyńska
Ministerstwo Obrony Narodowej: Antoni Macierewicz
Ministerstwo Spraw Zagranicznych: Witold Waszczykowski 
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji: Mariusz Błaszczak 
Ministerstwo Sprawiedliwości: Zbigniew Ziobro
Ministerstwo Energetyki: Krzysztof Tchórzewski
Ministerstwo Edukacji Narodowej: Anna Zalewska
Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi: Marek Gróbarczyk
Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa: Andrzej Adamczyk 
Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej: Elżbieta Rafalska 
Ministerstwo Środowiska: Jan Szyszko
Ministerstwo Sportu i Turystyki: Witold Bańka
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi: Krzysztof Jurgiel 
Pierwszy wiceminister ds. rozwoju: Jerzy Kwieciński
Ministrowie w KPRM:
Minister ds. europejskich: Konrad Szymański
Minister ds. kontaktów z parlamentem: Adam Lipiński
Szef Komitetu Stałego Rady Ministrów: Henryk Kowalczyk
Szef gabinetu politycznego premiera i rzecznik rządu: Elżbieta Witek
Koordynator ds. służb specjalnych: Mariusz Kamiński
Szefowa Kancelarii Premiera: Beata Kempa

sobota, 7 listopada 2015

Kroniki zapowiadanego upadku Platformy (IV)

Fascynujące może wydawać się odtwarzanie IV RP poprzez konstruowanie rządu Beaty Szydło, której rola sprowadza się do zakupu pasztetu. W istocie pasztetu, który Polacy sobie sporządzili.
Niemniej ważne, a może ważniejsze jest to, co dzieje się w Platformie Obywatelskiej. Nawet ważniejsze, bo PiS straci popularność, ale nie władzę. I potrzebne bedzie recenzowanie degrengolady rządzącej partii Kaczyńskiego i samego prezesa.
Platforma nie pochyliła się nad swoją porażką. I zdaje się, iż przychodzi jej to z ogromnym trudem. Ewa Kopacz, która wzięła wynik na klatę przed kampanią wyborczą, dowiozła wynik przegrany, ale do zaakceptowania.
Ewa Kopacz grała tak, jak jej przeciwnik pozwalał. Jeszcze do niedawna Robert Lewandowski niewiele potrafił wskórać przeciw innym, choć to był ten sam Lewandowski. Brakowało Nawałki i drużyny.
Podobnie jest z PO. Kopacz nie potrafiła w kolegach wzbudzić determinacji podobnej do swojej. Wydawało się, iż PO ma zaplecze, ale ono jest podobne do PiS. Poza Rafałem Trzaskowskim postaci wyrastających ponad innych jest niewielu.
Z boiska zostali zniesieni Bartłomiej Sienkiewicz i Radosław Sikorski. Ten pierwszy to Krychowiak, drugi Błaszczykowski. Afera podsłuchowa była o nicznym, ale pozostała po niej afera.
Ten komunikat poszedł w lud: afera. To był początek zapowiadanego upadku Platformy, który Ewa Kopacz zamieniła w honorową przegraną. Wynik całkiem dobry, acz to porażka.
Nad porażką należy się pochylić. Przerobić ją, przyswoić, przetrwawić. Zdaje się, że tego zabraknie, bo Platforma szykuje ciąg dalszy jakby afery podsłuchowej, a takimi kronikami zapowiadanego upadku Platformy mogą być wybory wewnątrz partii.
Najpierw PO bedzie wybierać władze klubu parlamentarnego, a następnie szefa partii. W obydwu przypadkach staje do rywalizacji o przywództwo Ewa Kopacz. W pierwszy przypadku jej przeciwnikiem będzie Sławomir Neumann, postać w ogóle nierozpoznawalna. W drugim replika Gowina, Grzegorz Schetyna.
Jeżeli Ewa Kopacz przegra, to PiS na dłużej będzie rządzić, bo Neumann pozostanie sobą, czyli w stanach rozpoznawalności jako „nikt”, a Schetyna – cóż – może nadaje się do aparatu partyjnego, na pewno nie do reprezentowania przed publicznością.
Porażka Kopacz i Platformy wcale nie otwiera drogi Ryszardowi Petru, bo musi popracować nad swoją rozpoznawalnością, a jego liberalizm oceniam na górną granicę 15%.
Jeżeli Platforma pójdzie w klasykę, w której przegrywający dalej się pogrąża, to życie polityczne i Polskę widzę czarno.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Zjednoczeniowy blitzkrieg Kaczyńskiego


Jarosław Kaczyński pierwszy akt zjednoczenia prawicy ma już za sobą. Zjednoczył się z Piotrem Dudą, szefem "Solidarności".

Zjednoczenie trwało krótko i musiało być bardzo przyjemne. Rozmowa Kaczyńskiego z Dudą trwała przeszło godzinę. Można je śmiało nazwać językiem militarnym, był to blitzkrieg zjednoczeniowy. Kaczyński zjednoczył "Solidarność" z PiS.

W krótkim żołnierskich słowach zjednoczenie to da się opisać: reformy emerytalne Tuska - won! Cofamy się na z góry upatrzone pozycje sprzed reformy, kobiety pracują do 60 lat, mężczyźni do 65.

No i kto to słyszał, aby lud pracujący miast i wsi miał dłużej znosić takie "ustawy antypracownicze".

Po blitzkriegu przyznał Duda, że z prezesem PiS "łaczy go troska o Polskę". Czyż nie brzmi to jak hymn "Boże, coś Polskę", przepraszam: "Jeszcze Polska nie zginęła"?

Brzmi.

Prawicowe zjednoczenie ze związkiem zawodowym, który z definicji jest lewicowy, ho, ho, to mogło odbyć się tylko za pomocą blitzkriegu.

To byłby pierwszy akt, czekamy na następne blitzkriegi z Ziobrą i innymi, bo "łączy nas troska o Polskę".

Czytaj więcej >>>

sobota, 8 lutego 2014

Uwagi do Białej księgi nt. pedofilii w polskim Kościele

Episkopat Polski koordynuje prace i ewentualne wydanie "Białej księgi nt. pedofilii w polskim Kościele".

Biała księga ma zawierać dokumenty Watykanu i polskiego Kościoła, które z grubsza są znane i mają postać kazań w słusznych paragrafach, co mają robić hierarchowie,gdy dotrze do nich wiedza o pedofilii podwładnych.

Do tej pory żadna informacja o przypadku pedofilii "dobrowolnie" nie opuściła progów zakrystii, "wymuszane" było to najczęściej przez media.

Biała księga ma zawierać dane statystyczne przypadków pedofilii wśród kleru. Brakuje jednak w tej publikacji in spe mowy o archiwaliach, konkretnych przypadkach, a zwłaszcza takich, gdy biskupi przerzucali z jednej parafii do drugiej podejrzanych o pedofilię, a także tych przypadków, które były rozstrzygane wg prawa kanonicznego.

Bo cóż po nauczaniu w tej kwestii poszczególnych papieży. Który z nich chciał źle?

Kościół w sprawie swojego ciężkiego grzechu (a w języku świeckim: przestępstwa) staje się spowiednikiem i rozgrzeszającym. Jest to swoista psychoanaliza instytucji, która chce odfajkować tę plagę,  a do której przyczynił się w nakaz sprzecznego z naturą celibatu.

Taka Biała księga nie winna być koordynowana przez Episkopat, gdyż znane są sądy szefa tej instytucji biskupów, który dał niejednokrotnie wykładnię genezy pedofilii: "iż dzieci lgną do duchownych".

Taka Biała księga miałaby sens, gdyby wpuszczono do archiwów niezależnych badaczy, a którzy by utworzyli coś w rodzaju IPN. Lecz to marzenie ściętej głowy.

Ale gdyby udało im się dotrzeć choć do części archiwaliów, mogłoby to być podstawą do oczyszczania się Kościoła z ciężkiej krzywdy wyrządzanej najmłodszym wiernym, wiernym nie w pełni świadomym.

Zdziwiony jestem działaniem państwa (jego brakiem działania), a słowa prokuratora generalnego, Andrzeja Seremeta, niemal wszystko mówią, jak impotentne jest państwo w stosunku do instytucji, która posiada status państwa w państwie. Otóż Seremet powiedział, że Kościół katolicki w Polsce nie ma prawnego obowiązku zawiadamiania prokuratury o przypadkach pedofilii.

Tak mówi człowiek, który stoi na czele instytucji śledczej? Zgroza! Jaką on ma zatem świadomość o funkcjonowaniu państwa w ramach prawa. I prawa w państwie, jak on rozumie przestępstwo, które zachodzi na terenie państwa i oddaje jego rozstrzygniecie w ręce tych, wśród których doszło do przestępstwa. Czyż nie nazywa się to solidarnością zawodową, klasową, a nawet nazwę: klanową.

Nawet jeżeli uwzględnia Seremet umowę międzynarodową z Watykanem, konkordat, to winien szukać takich rozwiązań w międzynarodowym prawie, jakie ostatnio - mimo zarzucanych błędów - poczynił Komitet ONZ ds. Praw Dziecka w stosunku do Watykanu w tej właśnie kwestii: pedofilii.

Polska ma na stanie jedną z największych grup duchownych katolickich w Europie. Stosując uśrednione dane statystyczne i komparatystyczne można bez większej obawy pomyłki powiedzieć, że znane nam przypadki pedofilii kleru to czubek góry lodowej.

Dlatego na tę Biała księgę patrzę z przymrużeniem oka, a wręcz jestem pewny jej li tylko propagandowej roli. No i co to znaczy, iż publikacja jest uzależniona od akceptacji Stolicy Apostolskiej?

Toż cenzor z Kongregacji przy placu Św. Piotra w Watykanie będzie rozsądzał, co publika w Polsce może dowiedzieć się o pedofilii kleru.

Kościół sobie krzywdy nie zrobi, choćby z tego powodu, że jest prokuratorem, obrońcą i sędzią we własnej przestępczej sprawie. Wokandą może być tylko instytucja niezależna, a tę mogą tylko wygenerować polskie władze.

Ta Biała księga już w tych uwagach jest szara. A nabierze jeszcze ciemniejszych barw. Każdy winny uważa, iż jest niewinny. Biała (szara) księga ma ukazać się (ponoć) w ciągu kilku miesięcy.


piątek, 7 lutego 2014

Beata Kempa, gwiazda Wiejskawood, do gwiazdy Hollywood, Meryl Streep



Gwiazda Wiejskawood, Beata Kempa, napisała list do drugiej gwiazdy Hollywood, Meryl Streep, zainspirowany jej wywiadem dla "Gazety Wyborczej".
Odtwórczyni m.in. "Pożegnania z Afryką" kilka słów powiedziała o gender, zwracając uwagę na opór, z jakim trudem ta nauka przyjmuje się na ciężkim kulturowo i cywilizacyjnie terenie Polski.
Streep powiedziała:
"Panowie, krucjata przeciw gender jest skazana na porażkę".
Obruszyło to polską gwiazdę, Kempę, bo gender nie przerobił jej "pana", więc pisze po polsku list (otwarty), a opublikowany - wcześniej przed doręczeniem Meryl Streep - we wpływowym dzienniku "Fakt":
"Otóż chciałabym Panią poinformować, że jestem przewodniczącą zespołu parlamentarnego „Stop ideologii gender” w polskim parlamencie i jestem kobietą".
Kwestie płci piszącej gwiazdy zatem mamy odfajkowaną. Mam nadzieję, że Kempa dołączyła swoje zdjęcie, bo w "Fakcie" opublikowano jej podobiznę.
Kempa opisała Streep, jakie to trudności napotyka gender w Polsce i czym w istocie owo paskudztwo jest, a o czym nie ma pojęcia gwiazda Hollywood, Meryl Streep, przypomniała przy okazji polska gwiazda, że Polska była jednym z pierwszych krajów, w którym kobiety dostały prawa wyborcze, a homoseksualizm nie jest penalizowany:
"Kierowany przez mnie zespół kieruje się wartościami równości, tolerancji i niedyskryminacji. Zwalcza natomiast ideologiczne szaleństwo ideologii gender, związane z seksualizacją dzieci i młodzieży w przedszkolach i szkołach. Jesteśmy przeciwnikami wywierania presji i zmuszania dzieci do odgrywania ról niezgodnych z ich biologiczną płcią. Przebieraniu na siłę chłopców za dziewczynki i dziewczynki za chłopców. Jesteśmy przeciwni warsztatom, podczas których dorosły edukator uczy dzieci masturbacji".
No i całkiem może najważniejsze: jedna gwiazda zaprosiła drugą gwiazdę. Kempa zaprosiła Streep na kongres Solidarnej Polski.
Można sobie wyobrazić. Streep dostaje list. Dzwoni do Janusza Głowackiego, aby przetłumaczył jej na amerykański (wszak nie tożsamy z angielskim). Następnie dzwoni do agenta, aby odwołał jej obecność na planie filmowym właśnie realizowanego filmu.
Podniecona nową wiedzą anty-gender wsiada w Air America, aby ratować Kempę na planie wyborczym obrazu "Pożegnanie z Wiejską", gdzie Kempa robi za Karen Blixen, a za Roberta Redforda w Brukseli Zbigniew Ziobro, tudzież Jacek Kurski.
Gwiazda z gwiazdą zawsze się dogada - pisząc list (otwarty) we wpływowym dzienniku "Fakt".
Teraz leci tyłówka, napisy końcowe, kto grał i jaką rolę, i ile na tym zarobił. Hit w reżyserii Dariusza Oko.

czwartek, 6 lutego 2014

Zdrojewski odpalił Kościołowi 6 mln zł


Po doniesieniu do prokuratury przez naczelnego Liberte, Leszka Jażdżewskiego, o przekroczeniu uprawnień przez urzędników MKiDN w sprawie datku na tacę w wysokości 6 mln zł na Świątynię Opatrzności Bożej, odezwali się sprawcy w postaci rzecznika ministerstwa, który zaprzeczył złamaniu przepisów przy przyznawaniu dotacji:
"Nie złamano. Środki na Muzeum Jana Pawła II nie pochodzą z budżetu państwa, tylko z odpisu z gier liczbowych czyli z Funduszu Promocji Kultury, w oparciu o rozporządzeniu ministra kultury i dziedzictwa narodowego z dnia 30 czerwca 2010 r. (w sprawie szczegółowych warunków uzyskiwania dofinansowania realizacji zadań z zakresu kultury, trybu składania wniosków oraz przekazywania środków z Funduszu Promocji Kultury – Dz.U. nr 118, poz. 797)".
Karkołomne usprawiedliwienie. Pieniądze z odpisu z gier liczbowych, gdyby nie były przeznaczone bezpośrednio na Fundusz Promocji Kultury, poszłyby do budżetu państwa, a stamtąd do FPK. Trafiły jednak bezpośrednio do budżetu FPK, bo taki jest przepis.
Budżetem tym rozporządza minister Bogdan Zdrojewski w imieniu państwa, a nie w imieniu swoim. Minister nie finansował ŚOB z własnej pensji, ale z pieniędzy wspólnych.
Kultura nie posiada za dużo pieniędzy. Wręcz dramatycznie za mało. A ludzie kultury nie chodzą z beretem co mszę, aby wrzucić im jałmużnę, choć to oni produkują dobra duchowe. Minister zaś skąpi im, woli dać na jeszcze jedną świątynię, która nie jest ośrodkiem kultury. Dopiero będzie nim muzeum JP II.
Nie za swoje Zdrojewski kadzi Kościołowi. A polski Kościół jest coraz mniej Kościołem, stał się świątynią dla kleru. I napiszę tak o kadzeniu Zdrojewskiego za 6 mln zł, jak ks. Alfred Wierzbicki o teoriach ks. Dariusza Oko: "Prymitywom to się podoba".
Kult nie jest skróconą formą kultury. Jest zaprzeczeniem współczesnej kultury, która wytwarza dobra duchowe. Zdrojewski odpisał się od rozumu i dóbr duchowych.

wtorek, 4 lutego 2014

Daltonizm Barełkowskiego, prezesa TV Niezależna



Piotr Barełkowski, prezes spółki TV Niezależna, przeczytał w oświadczeniu Jurka Owsiaka, "propozycję", aby on skontrolował - i jemu podobni - finanse WOŚP.
Rozumiem, że czyta się, co chce i rozumie, co chce. Doskonale to widać w TV Republika i na portalu niezależna.pl. Czytanie i rozumienie rzeczywistości społeczno-politycznej w wykonaniu daltonistów.
Rozumiem, że Barełkowski przeczytał oświadczenie Owsiaka, jak jest w stanie je rozumieć. Wyżej nie podskoczy. Aby jednak zachować standardy relacji zwrotnej, "my chcemy skontrolować WOŚP", to wtedy pisze się oczywistą oczywistość: "zapraszamy Owsiaka do skontrolowania finansów spółki TV Niezależna".
No, ale Barełkowski przeczytał, po swojemu zrozumiał i po swojemu podał do mediów. Relacje zwrotne polegają, iż jest "ja" i "ty", bądź "on" (jak się relacjonuje) i w liczbie mnogiej "my" "wy/oni".
Na tym polega profesjonalizm mediów, na tym polega profesjonalizm obecności w przestrzeni publicznej i na tym polega kindersztuba.
Otwierasz TV Republika - i co widzisz? To, co czytasz na portalu niezależna.pl: daltonizm.

niedziela, 2 lutego 2014

Kaczyński w tamie spekulacji


Paweł Lisicki twierdzi, że tamuje falę spekulacji odnośnie Jarosława Kaczyńskiego. A ten odnośnik tyczy tego, co wcześniej konkurencyjny tygodnik "Do Rzeczy" - "wSieci" - wyspekulował.

W tej tamie stanął sam zainteresowany prezes PiS, który udzielił się wywiadem odnośnie. Kaczyński nie ma ambicji. "Nie mam ambicji prezydenckich" - powiedział w pierwszej części zdania. Już mi ręce składały się do oklasków, wiem jednak, że prezes buduje zdania złożone, acz są one konwencjonalne i drugie dno w nich nie istnieje, zwykle zaprzecza temu, co chciał powiedzieć. Taką Kaczyński posiadł retorykę, ja jej mu nie zmienię.

Ta druga część zdania w tamie spekulacji brzmi: "... to premier jest w Polsce tym, który bardziej przystaje do funkcji szefa partii". Odkrycie, jak odkrycie. Donald Tusk jest szefem partii, jest premierem. Janusz Palikot też jest szefem, ale nie jest premierem. Leszek Miller był, jak zresztą Kaczyński. Jarosław Gowin chciał być szefem jednej partii, ale nie został, więc wybrał sobie inną partię i w dalszym ciągu nie jest premierem.

A jednak biłem oklaski za drugą część zdania w myśl prezesowego powiedzenia: "oczywista oczywistość".
No, ale wywiad jest o tamie spekulacji - to metaforyczne słowa ze wstępniaka naczelnego tygodnika "Do Rzeczy", a ten włada piórem, jak włada - w której staje prezes PiS bez ambicji.

Jak prezes nie ma ambicji, bo "premier przystaje do funkcji szefa partii", to kto za prezesa jest w posiadaniu tej funkcji ambicji?

I znowu dwa kwiatki z retoryki Kaczyńskiego, godne św. Franciszka. "Z partią jestem serdecznie związany". PiS to partia prezesa, więc ma do niej serdeczne uczucia, wszak jego dzieło. Personel partyjny może też darzy prezesa serdecznością, bo ma za co. Dla ogromnej większości posady na ławach sejmowych to synekury. Za synekury każdy jest serdeczny, a walory, które via media poznaję, nie "przystają funkcji", które winni reprezentować. Taka mała uwaga odnośnie partyjnych kadr, z którymi Kaczyński jest "serdecznie związany".

Wyżej to był kwiatek miary św. Franciszka. Ale oto kwiat. Odnośnie spekulacji, kto miałby być tym, która ma ambicje zamiast prezesa. Ten retoryczny kwiat ma brzmienie: "Polska byłaby szczęśliwym krajem, gdyby miała takiego prezydenta". Nie chodzi o prezydenta Bronisława Komorowskiego. O, nie! Czyli Kaczyński uważa, że Polska jest krajem nieszczęśliwym pod prezydentem Komorowskim, choć cieszy się największą sympatią wśród tzw. polskich polityków. Zresztą kiedyś prezes uznał, że Komorowski został wybrany przez pomyłkę. Otóż wg Kaczyńskiego Polska byłaby szczęśliwa pod ambitnym Piotrem Glińskim.
Tama spekulacji już nie przecieka, bo prezes nie ma ambicji odnośnie prezydentury. Wywiad jest też o nowej propozycji gospodarczej PiS. Czyli stara propozycja poszła do kosza, jest nowa. Uwaga: posługuję się słowami z "Do Rzeczy", ja tego nie pisałem.

Pierwszą propozycją gospodarczą jest program prospołeczny, a nawet "silnie prospołeczny" - ostatnie jest cytatem. Polska się zwija demograficznie i to musi być przełamane. Jak? Polityką prorodzinną, "ale szeroko rozumianą" (też cytat).

Z podręczników demograficznych wynika jednak, iż bogacące się społeczeństwo zwijają populację, to tylko biedne społeczeństwa płodzą dzieci w myśl odwiecznej socjologicznej zasady: więcej dzieci, większe prawdopodobieństwo, że zyska rodzina.

Do nowego programu PiS należy stwierdzenie, że Polska znalazła się w "pułapce średniego rozwoju (dochodów)" (cytat). A jednak się rozwijamy, acz średnio. Kaczyński chce uruchomić rezerwy. Do tej pory myślałem, że mamy długi (a nie rezerwy) i mimo to średnio się rozwijamy. Europejskie dane statystyczne mówią, że jednak najlepiej się rozwijamy, ale można je czytać, jak Kaczyński i wówczas wyjdzie: średnio. "Uruchomienie rezerw" to wg Kaczyńskiego "sięgniecie po nie" - "i stąd ten bilion złotych" (wszystko cytaty).

Nowy program gospodarczy PiS jest wewnętrznie sprzeczny, aby realizować taką politykę prospołeczną (winno się jednak nazywać: pro-populistyczną), trzeba nałożyć nowe podatki.

Oczywiście Kaczyński chce nałożyć te podatki nie na biednych i średnio zarabiających, ale na najbogatszych, przedsiębiorców, banki i hipermarkety. Pominę tych najbogatszych, bo to czysty populizm. Nawet gdyby chcieli płacić, to zyskać można najwyżej jakiś promil dochodów dla budżetu. Lecz i tak najbogatsi nie dadzą się, bo uciekną z polskiego fiskusa. Zaś banki i hipermarkety odbiją sobie na cenach, a to będzie rzeczywisty podatek od towarów - ale dla biednych.

Ta nowa polityka gospodarcza PiS jest starą polityką gospodarczą PiS, a ta była nader populistyczna, jak brzmienie: bilion złotych. Gdyby Kaczyński chciał uzyskać ten bilion złotych, to nie dość, iż zwijalibyśmy się demograficznie, ale zwijalibyśmy się z bólu, że dotąd szliśmy "w pułapce średniego rozwoju (dochodów)" (cytat), a pod nowym programem gospodarczym PiS zwijamy się z populizmu.

Rozumiem, że Kaczyński jest szefem partii, którego ambicje "przystają do premiera", bo taka jest logika demokracji. Z tego wywiadu, którego tylko niewielkie passusy są w tej chwili dostępne, wynika, iż prezes w nowym programie gospodarczym PiS serwuje stary populizm.

Może on do części elektoratu przemówić, może też przemówić do znużonych rządami Tuska. Wątpię, że tak się stanie, gdy będą mieli do wyboru między "pułapką średniego rozwoju (dochodów) a populizmem, który zawsze kończy się spektaklem katastrofy.

Stwierdzenie, że "pójdziemy do przodu" jest tak samo niezręczne retorycznie, jak "pójdziemy przodem". Kierunek zawsze jest ten sam: przodem do populistycznej przepaści.

Tyle moich uwag o dostępnych cytatach z wywiadu dla "Do Rzeczy", który "tamuje falę spekulacji" odnośnie Kaczyńskiego.

środa, 11 grudnia 2013

Katastrofa smoleńska ciągle trwa, katastrofa polityków

Krzysztof Kłopotowski w "Rzeczpospolitej" domaga się dofinansowania "Smoleńska", filmu Antoniego Krauze, dotacją z PISF kwotą połowy założonego budżetu produkcji - 5,5 mln zł.

Z tego, co wiemy o tym filmie, nijak się ma do katastrofy smoleńskiej. Jest li tylko agitką zespołu parlamentarnego Antoniego Macierewicza. Założenie fabularne Krauze czerpie z Wajdy "Człowieka z marmuru", filmu wszak wybitnego. W postać dziennikarki odtwarzaną przez Krystynę Jandę miałaby być wtłoczona Ewa Stankiewicz, której wiedza o katastrofie smoleńskiej da się opisać, iż wypowiadając się o niej - ostatnio czytałem relację z jakiejś kruchty kościelnej - jest mową z nożem w zębach.

I taki będzie/byłby film Krauzego, twórcy, którego cenię. Dlaczego dał się wpuścić w maliny? Nie wiem. Tylko mogę podejrzewać, iż znalazł się w obozie pisowskim, w którym o katastrofie się nie mówi, ani nie docieka, tylko wrzeszczy. Zakrzykuje.

Kłopotowskiego argumentacje w "Rzepie" pominę milczeniem, bo pisze nie na temat, jak to PO torpedowało ("zaciekły opór") powołanie PISF, a bez braci Kaczyńskich polskie kino byłoby trupem. Argumentacja ni przypiął, ni przyłatał.

Nijak się ma do tematu. Krauze może jest "idealnym twórcą", ale nie do takiej wymowy narracji, w tym wypadku smoleńskiej. 

Jakąś prawdą o Smoleńsku byłby film o tym, jak odkręcane były i są "ustalenia" zespołu Macierewicza i środowisk, które z katastrofy uczyniły polityczne narzędzie. Taki film Krauze mógłby zrobić przeciw sobie. Byłoby to wyzwanie dla niego, jako twórcy. Na pewno nie byłoby to wyzwanie dla jego scenarzysty Marcina Wolskiego, który jest ledwie średniego - i tak zawyżam - lotu twórcą.

Krauze skazał się na przegraną. Nie z tego powodu, że Zdrojewski mu pieniędzy nie przyzna. Nawet gdyby w jakiejś przyszłości miało dojść do realizacji obrazu, będzie to tylko gniot. Jego "Smoleńsk" nic nie będzie miał wspólnego ze sztuką filmową.

Kiedyś może "Smoleńsk" się doczeka wyrazu artystycznego, lecz będzie to dzieło o upadku moralnym polityków. O katastrofie, która zaczęła się 10. kwietnia 2010 roku i skutecznie była przez polityków kontynuowana przez następnych kilka lat (nie wiem, ile lat, bo ciągle ta katastrofa trwa).

Taki film mógłby zrobić Krauze o katastrofie polityków, którzy na katastrofie chcieli ubić polityczny interes, a tylko upodlili na dziesiątki lat wyborców, bo Polacy długo z tego błota smoleńskiego się nie podniosą. Ta trauma smoleńska też jest do opisania.

Takie dzieło powinno powstać i wiem, że powstanie. A pisanie Kłopotowskiego, jak w "Rzepie" będzie tylko marginalnym przypisem w bibliografii smoleńskiej i z adnotacją: ofiara mentalnych skutków katastrofy.

wtorek, 12 listopada 2013

Sienkiewicz na rożnie krytyki

Bartłomiej Sienkiewicz za Marsz Niepodległości jest przypiekany na rożnie krytyki, czego można było się spodziewać, gdy dopuścił myśl, że straż narodowców poradzi sobie ze swoimi w trakcie przemarszu.

Wiedza była taka, iż nacjonaliści wszystkich wpuszczą w swoje szeregi, ktokolwiek jest przeciw rządowi. Dlatego z takim samym językiem narodowym uciekł do Krakowa Jarosław Kaczyński. Zostawiając brudną robotę w Warszawie.

Gdyby Sienkiewicz powiedział, że przemarsz narodowców utrzymają siły policji i służb państwowych w imadle porządku, Kaczyński zostałby. I trzeba byłoby podwoić bezpieczeństwo, jeżeli nie potroić.
Czy policja jest na tyle sprawna, aby kilkadziesiąt tysięcy rozwydrzonych bandytów, kiboli, oszołomów i antytuskowców trzymać w ryzach? Śmiem wątpić. Incydenty będą i to coraz śmielsze.

Nie można winić tylko Sienkiewicza, ale ratusz, który pozwolił na taką, a nie inną trasę. I służby wewnętrzne - inne niż policyjne - które powinny mieć swoje wtyczki i analityków potrafiących ocenić zagrożenie ze strony bojówkarzy. O tych ostatnich nie musieli wiedzieć wszyscy uczestnicy, ale z pewnością takie rozpoznanie mieli organizatorzy.

Niekoniecznie cała straż narodowców ochraniała swoich, część mogła atakować squaty i ambasadę Rosji. Nie musiał wiedzieć o tym Sienkiewicz, a mógł Kaczyński, który salwował się do Krakowa. Prezes PiS może w tej chwili chichrać ze swojej przebiegłości.

W tych okolicznościach jeszcze inna jest ważna (bardzo) kwestia. Grupa bojówkarzy w liczbie kilkuset była przygotowywana wcześniej. Wobec tego analityk musi zadać pytanie: gdyby nie padła tęcza, squaty i ambasada Rosji, cóż takiego by się stało?

Doszłoby do walki z policją. I cele bojówek wcale nie musiały być tylko te wymienione. Ale to powinien przewidzieć Sienkiewicz.

Salwujący się do Krakowa Kaczyński w Warszawie zostawił szumowiny. Ministrowie muszą to posprzątać. I więcej wyciągnąć wniosków, bo okazji dla tych bojówek będzie jeszcze sporo i to w najbliższym czasie - wcale nie są przypisani Ruchowi Narodowemu.

Kibole, bandyci i jakkolwiek ich nazwiemy, reagują na "hasła" polityczne, jak psy Pawłowa. Czy ktoś wychwycił różnice w treści transparentów i zawołaniach bojowych marszów w Warszawie i Krakowie? No, co?

wtorek, 29 października 2013

Mętna wojna na Platformie - dogrywka

W strukturach dolnośląskich oficjalna wojna w dwóch odsłonach odbyła się w sobotę, wygrał ją harcownik Donalda Tuska, Jacek Protasiewicz. A że jest to teren (był) Grzegorza Schetyny, uchodzącego za nr 2 (acz odsuniętego) w partii rządzącej, można było się spodziewać, że pokonany nie zadowoli się zapewnieniem zwycięzcy, że Tusk dla niego coś ma.

Dwa dni później nagranie korupcji politycznej w PO publikuje "Newsweek", medium wszak liberalne, a zatem zbliżone to Tuska, bądź szerzej: Platformy. Poseł PO Norbert Wojnarowski za głos na Protasiewicza chce przekupić delegata Edwarda Klimka, proponuje synekurę w KGHM.

Klimka nie dał się przekupić, pisze oficjalne oświadczenie. Ale Rafał Grupiński - szef Klubu parlamentarnego PO - na Twitterze jest za powtórzeniem zjazdu dolnośląskiej PO, stronnik Schetyny.

Portal naTemat.pl (własność Tomaszów Lisa i Machały), który wie co w "Newsweeku" piszczy, o dotarciu nagrania korupcyjnego w PO tak pisze: "Można się spodziewać, że za jego powstanie (nagrania - przyp. mój) i upublicznienie odpowiadają ludzie Grzegorza Schetyny". A korupcja polityczna była przewidziana przez schetynowców, aby w razie przegranej mieć argumenty za powtórzeniem wyborów na Dolnym Śląsku, bo w ten sposób skompromitowany Protasiewicz nie wystartuje.

Zatem schetynowcy podrzucili nagranie, a "Newsweek" chyba miał świadomość, że to ich robota, a nie jakiegoś dziennikarza śledczego.

Tyle da się odczytać z drugiej części wojny - dogrywki - w PO. Bardzo mętnej wojny i to prowadzonej w mediach. Walczące strony podrzucają nagrania, piszą na Twitterze, a my tylko możemy się domyślać, jak pozycjonowane są wojska.

Najświeższa wiadomość jest taka, że poseł PO Jakub Szulc z Dolnego Śląska złożył do Biura Krajowego PO wniosek o unieważnienie sobotnich  wyborów. O tym jak będzie, zadecydują władze PO na jutrzejszym posiedzeniu.

Jakakolwiek decyzja zapadnie, mętna wojna domowa w PO rykoszetami jej odłamków trafi w premiera. To samobój, może coś więcej, strony zaś poczynają sobie nieczysto.

poniedziałek, 28 października 2013

PiS zapięty na ostatni żołnierski guzik na Święto Niepodległości

W PiS wszystko zapięte na ostatni żołnierski guzik na Święto Niepodległości. Plan obchodów, media w gotowości, nawet gazetka wydrukowana. Na dwa tygodnie przed patriotyczną imprezą.
Okolicznościowy biuletyn nosi tytuł "Dziennik Niepodległości", bo PiS liczy dni, kiedy im władza słusznie przypadnie. Dobrze, że nie nosi tytułu "Bibuła Niepodległości", miałaby pełne znamiona konspiracji. Prawdopodobnie byśmy się o takiej bibule nie dowiedzieli. A może coś takiego mają? Trzeba cierpliwie poczekać do 10 listopada, bo tego dnia zaczyna się święto. Niezgodnie z kalendarzem polskich świąt, ale to nie PiS ten kalendarz układał.
Jak święto, zatem musi być wigilia tego święta, a 10. każdego miesiąca obchodzone jest comiesięczne święto tego, który tę niepodległość odzyskiwał i w imieniu jej poległ.
Nie wierzycie? W gazetce PiS, przepraszam: dzienniku pokładowym niepodległości, obok twórców II Rzeczpospolitej występuje nazwisko twórcy IV RP. Fragmenty przemówienia marszałka Józefa Piłsudskiego i fragmenty przemówienia Lecha Kaczyńskiego. Dzisiaj sąsiadów na Wawelu.
Niezadekretowane święto niepodległości jest tak obchodzone przez PiS, aby nie wejść w kolizję z innymi świętami niepodległości. W tym kraju - celowo nie piszę: Polska - obchodzone są trzy zorganizowane święta niepodległości. Te, które analizuję, narodowców, którzy wystąpią ze swoją infrastrukturą: straż, służby medyczne i ideologiczne oraz marsz prezydenta RP Bronisława Komorowskiego "Razem dla Niepodległej".
Kraj nam się nie tylko dwoi, ale troi. Wydawałoby się, że mamy wielkość wymarzoną od morza do morza. Kraj ten nazywa  się ponoć Polska. Wracając do gazetki/biuletynu/bibuły. Jarosław Kaczyński to najbardziej mobilny polityk w tym kraju - nie tylko dzisiaj, ale w ogóle - najbardziej rozchodzony. Warszawa 10. listopada, 11. królewskie miasto Kraków, a tam kolejny marsz i kolejne przemówienie. A że będą to podniosłe dni, można spodziewać się niejednego smacznego kąska retorycznego. Już zacieram ręce: twórczy jest Kaczyński, oj, twórczy.
Inna godna uwagi okoliczność. Możliwe, iż powinienem to zrobić na początku. Obchody dni niepodległości są społeczne. Broń boże, nie chodzi o czyn społeczny, bo nie w czynie społecznym prezes PiS tak maszeruje i nogami wymachuje: prawa, prawa, co za swołocz rusza lewą. Społeczne obchody to znaczy, że obchodzone w imieniu społeczeństwa, nas wszystkich: mnie, ciebie, ciebie też i tamtego, który się skrył, albo wstydzi. I co z tego, że obchody organizują Kluby "Gazety Polskiej", ktoś wszak musi organizować - no, nie?
W "Dzienniku..." są opublikowane sylwetki twórców niepodległości II RP: Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego, Romana Daszyńskiego, Wincentego Witosa, Wojciecha Korfantego i gen. Józefa Hallera. Czyli wszystkich.
PiS uczestniczy w społecznych obchodach, nas wszystkich, więc antenatami tej partii i poprzednikami Kaczyńskiego byli wszyscy twórcy: od lewicy do prawicy. To kolejna Godzina W. Siedemnasta? Nie wiem, czy dobrze chodzi mi zegarek. Może nie przestawiłem, gdy zmieniano czas.
Nie wiem nic o gazetce Komorowskiego, też powinien nam fundnąć jakiś biuletyn/bibułę. A narodowców nie chcę czytać, bo i tak Artur Zawisza wykrzyczy przez megafon to, czego nie chciałbym czytać.
Wielki mamy naród. Nie każdą nację stać na trzy święta tego samego dnia. Wielki kraj marzycieli: od morza do morza.

Blogerzy o odejściu Tadeusza Mazowieckiego

Odszedł Pan Tadeusz


Odszedł Pan Tadeusz. Odszedł, lecz nie zginął.

Tak układają mi się słowa, a pamięć posługuje się teraźniejszością.

Tadeusz Mazowiecki jest, choć odszedł. Trzasnął drzwiami, ale jego obecność jest.

Życie publiczne jest wredne. Aby było mniej wredne, trzeba po wyjściu Pana Tadeusza zostawić puste miejsce po nim. To powinno być miejsce nie tylko jego, ale przede wszystkim miejsce dla nas. Od czasu do czasu cicho, bez szurania - jak Pan Tadeusz - siadać na nim, bo on miał odwagę być mądry. Wówczas wróci do nas.

Ten trzask drzwi to nie rezygnacja, ten trzask mówi. Zostawił puste miejsce, wypełnijmy je sobą, wówczas on będzie. Tyle go będzie, ile w nas odwagi.

Panie Tadeuszu, nie żegnam, bo została twoja obecność. Trzask mądrości.

niedziela, 27 października 2013

Okładka "wSieci": oczywista oczywistość


Sporo trzeba mieć złej woli, aby w zdjęciu zamieszczonym na okładce nowego numeru "wSieci" dopatrzeć się tylko zadowolenia w postawie Donalda Tuska i takiegoż u Władimira Putina.

Spójrzmy na to zdjęcie szerzej. Choćby tak, że w uchwyconym w głębokim profilu Tusk przejawia poprzez gest zaciśniętych pięści determinację, a Putin jest sceptyczny, a może nawet wyrażający postawę: co mam z tym fantem zrobić, hekatombą lotniczą.

Bez uprzedzeń, złych emocji, dystansując się od poglądów. Trudne? Jeżeli tak, to indoktrynacja emocjonalna zdemolowała niejednego Polaka.

Groźne naprawdę są dopiero słowa Jacka Karnowskiego, które zamieszcza już w tytule króciutkiej zapowiedzi: "Dogadani?"

Po cholerę ten znak zapytania. Oczywista oczywistość przesłania. To jest groźne w pisaniu Karnowskiego. Nie będę znęcał się nad jego warsztatem dziennikarskim i operowaniem znaczeniami w języku polskim, najwyżej średnia krajowa: "im dłużej patrzymy na połączone wyraźną nicią porozumienia twarze Donalda Tuska i Władimira Putina, tym przerażenie jest większe". Redaktorze, pióro nigdy nie będzie twoją silną stroną.

Dominika Wielowieyska czuje się okładką "wSieci" uderzona obuchem i dopatruje się podprogowego przesłania: "Tusk z Putinem zamordowali 96 osób z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele".

Przepraszam, a inne przesłanie w prawicowych tygodnikach było (w 3. tygodnikach - dla porządku)?. Nieumiejętność polemizowania - nawet przy założeniu, że mają integralne poglądy - wykuwana była przez 3 lata z okładem po Smoleńsku.

To jedyne przesłanie: "Dogadani?" Karnowskich, Ziemkiewiczów, Sakiewiczów. Nie przeszkadza im kompromitacja poszczególnych osób i elementów kuchni smoleńskiej. Zanim Macierewicz zracjonalizuje swoją wpadkę, oni już to wcześniej zrobili.

Czy w Polsce może się oczyścić ta zafajdana atmosfera posmoleńska? Obawiam się, że nie. Potrzeba jakiejś silniejszej hekatomby niż w Rosji, aby zostały rozwiane smoleńskie mgły, w których błądzą (och, cynicznie, cynicznie) redaktorzy takich wstępniaków, jak ów komentujący fotografię Tuska i Putina.

Kłopotliwym zaskoczeniem jest najnowszy sondaż TNS Polska, aż o 9 punktów procentowych przewagi Platformy (41) nad PiS. To nie tylko dar z Konferencji Smoleńskiej od Jacka Rońdy i Chrisa Cieszewskiego. Aż tacy rozrzutni nie są, to coś głębszego, zarazem niepokojącego. PO nic nie zrobiła, aby jej tak podskoczyło. Czy polityka to wybór między gorszym, najgorszym i jeszcze gorszym od najgorszego.

sobota, 26 października 2013

Deepak Mishra w polskiej promocji smoleńskiego steku


Prof. Chris Cieszewski zastosował krętactwo stare jak świat. Zapowiadał co innego, niż zaserwował. Tak postępują kelnerzy. Zachwalają danie, a potem u spożywających podniebienie nie doznaje innych wrażeń, niż zwykle.

Cieszewski w materiałach przygotowawczych (a tak naprawdę: promocyjnych) wsparł się nazwiskiem Deepaka Mishry. Niemal wszystkim nic ono nie mówi, tylko branżowcom. Nie branżowcy zaglądając do jego cv, odkrywają NASA. Więc w ustach i rozumie pojawia się: ach, ach.

To, co dozwolone w promocji nauki, nie ma zastosowania w praktyce. Oczywiście w USA, bo w Polsce jest zupełnie inaczej. Nieprzypadkowo prof. Janusz Czapiński nie chce być tytułowany profesorem.

Na Konferencji Smoleńskiej Cieszewski wycofał nazwisko Mishry z promocji, bo zaserwował danie takie, jakie zaserwował: worek śmieci. Głodni spisków i wybuchów więc zakrzyknęli: ach, ach (podobnie było z parówkami).

Cieszewski ma świadomość, iż pozostawiając nazwisko Mishry złamałby standardy nauki amerykańskiej, acz nie polskiej. Zresztą niewielu to zauważyło, bo żyli zachwytem, a ten nie pozwala na szczegóły. Fastfood worka śmieci wówczas smakuje jak dobry amerykański stek.

Ten stek otrzymali uczestnicy zamkniętej przed mediami Konferencji Smoleńskiej, a następnie publiczność via media. Prawicowe portale zachwycone jednym chórem zabrzmiały: ach stek, ach stek. Reszta, którym rozum nie odebrało, podeszło krytycznie: jaki stek, gdy worek śmieci.

Zachowanie Cieszewskiego w konsumowaniu medialnym tego steku było takie, iż był tylko tam, gdzie worek śmieci brano za stek.

Roman Imielski, dziennikarz "Wyborczej", któremu takie żurnalistyczne steki jako worki śmieci nie odpowiadają, bo wyznaje trochę inne standardy profesjonalne, zechciał sprawdzić u źródeł, czyli u Deepaka Mishry, jaki był jego udział w tym "steku" worka śmieci, bo dziennikarze wyznający inne standardy niż Imielski, np. Grzegorz Wierzchowski z "Gazety Polskiej" podpierali się autorytetem Mishry. Wszak Imielski nazwiska nie wziął z sufitu, gdy leżał w pakamerze i odpoczywał od trudów pisania w "GW".

I dostał odpowiedź od Mishry, która w tym metaforycznym ciągu, który opisuję brzmiała: Jam nie śmieciarz, ale kucharz z najlepszej amerykańskiej jadłodajni. NASA to nie polskie standardy.

No, ale ci od innych standardów, niż Imielskiego, wyszukali zdjęcia z wiekopomnej Konferencji Smoleńskiej i na zrzucie z laptopa faktycznie nie było nazwiska Mishry, gdy Cieszewski referował. Nie było, bo nie mogło. Cieszewski wycofał Mishrę z promocji, a powrócił do standardów amerykańskich.

Ale nasz pieniacz narodowy Antoni Macierewicz doznał triumfalistycznego wniebowzięcia: ach, ach, stek, ach, ach wybuch tudzież inne parówki. Poseł PiS chce wyzwać Adama Michnika na pojedynek na ubitym polu prawa, czyli do sądu. Zapowiedział wytoczenie procesu.

No, cóż - polskie życie publiczne raczej wymyka się standardom światowym, jest workiem śmieci. Cóż: ach, ach, to nie stek. Och!

piątek, 25 października 2013

Abp Wesołowski w zapytaniach warszawskiej prokuratury


Polskie organa prawne są bezradne w prowadzeniu śledztw, gdy domniemanym podejrzanym jest duchowny. Nie tylko z powodu obowiązującego konkordatu, który nie precyzuje wielu kwestii.

W pełnym świetle tę niemożność widać w wypadku postępowania prokuratury w sprawie domniemanej (a wobec doniesień mediów - pewnej) pedofilii abp. Józefa Wesołowskiego.

Warszawska prokuratura zwróci się do Watykanu o pomoc prawną. Prokuratorzy chcą ustalić, czy watykańskie służby prowadzą postępowanie dotyczące Wesołowskiego i - pewne curiosum - czy możliwa jest jego ewentualna ekstradycja do Polski.

Piszę celowo tak grubymi określeniami nie tylko z powodu, że media tak opisują, ale w tych określeniach jest bezradność semantyczna. Czyżby Wesołowski nie był obywatelem Polski?

Niezależnie od tego, jak precyzuje konkordat, obywatel Polski podlega prawu polskiemu. A może w konkordacie są klauzule opisujące, które przestępstwa podlegają ściganiu przez państwo polskie, albo które artykuły kodeksu pozwalają na prowadzenie śledztwa.

Immunitet dyplomatyczny Watykanu nie jest tożsamy z immunitetem polskim. Polska prokuratura zapytuje, czy czyny polegające na czynnościach seksualnych z wykorzystaniem osób poniżej lat 15 i utrwalaniu treści pornograficznych z małoletnimi poniżej lat 15 objęte były immunitetem dyplomatycznym przyznanym abp. Józefowi Wesołowskiemu na Dominikanie.

Wcale to pytanie nie jest bezzasadne. Bo w Watykanie do lipca br. prawo dopuszczało czynności seksualne z innymi osobami już powyżej 13. roku życia. Wesołowski jakby się załapał na staro prawo przed Franciszkiem. Niemniej prawo watykańskie nie obowiązuje w Polsce, ani w Dominikanie.

Wniosek warszawskiej prokuratury na razie jest na biurku prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta. I ten ma nie lada orzech do rozgryzienia. Konkordat nie tyle wiąże ręce organom prawnym, co dopuszcza tyle rozlicznych interpretacji prawnych, iż nie wierzę, aby nasi prawnicy na wokandzie poradzili sobie z odpowiednią kongregacją watykańską, która ma doświadczenie tysiącleci.

Międzynarodowa umowa bilateralna między Polską a Watykanem jest nie z tego świata, nie z tego czasu. A te schody dopiero się zaczęły, stąd mobilizacja biskupów, że "w Polsce się rozpoczęła fala nienawiści wobec Kościoła" (akurat bp Kazimierz Ryczan).

czwartek, 24 października 2013

Pikietowanie jako forma dialogu


Trzy centrale związkowe pikietowały własne posiedzenie w ramach Komisji Trójstronnej w Centrum Partnerstwa Społecznego "Dialog". Więc posiedzenie było Dwustronne, bo ta trzecia strona ma swój własny pomysł na formułę posiedzeń i procedury.

Za niski szczebel strony rządowej był w "Dialogu", bo tylko minister, a Piotr Duda, szef "Solidarności", który jest liderem nie tylko własnego związku zawodowego, ale i głosem dwóch pozostałych, chce sięgnąć wyżej, bo do premiera: "Rozmowy na temat postulatów są dla nas bardzo ważne i o każdej porze dnia i nocy jesteśmy gotowi siąść i rozmawiać, ale nie w formule Komisji Trójstronnej".

Duda chce rozmawiać z Donaldem Tuskiem nawet w nocy. Premier ma rzucić rządzenie, ciepłe miejsce w łóżku u boku żony i zająć się bezkompromisowymi postulatami Dudy.

A jakie są bezkompromisowe postulaty Dudy, który chce dojść do kompromisu z premierem nawet w nocy? Cofnąć wszystkie reformy pracowniczo-emerytalne, abyśmy znaleźli się lata wstecz, kiedy to wszyscy byliśmy szczęśliwi.

Po cholerę lata temu wymyślono tę formułę Komisji Trójstronnej, gdy budowaliśmy zręby kapitalizmu w kraju i tak naprawdę nie wiedziano, jak ugryźć tę nową rzeczywistość, gdy z takim trudem, z takimi niewiadomymi i - przyznajmy - niesprawiedliwością społeczną - budowaliśmy tę naszą niedoskonałą Polskę.

Duda jednak ma pomysł by cofnąć i chce tak naprawdę utworzenia Komisji Dwuosobowej On-Tusk. Przesadzam? Nie za bardzo. Bezkompromisowe postulaty, z których nie chce ustąpić i ściema, że chce debaty nawet w nocy z premierem, jest czystą polityką, a nie żmudnym wypracowywaniem jakiejś - podkreślam: jakiejś - sprawiedliwości społecznej.

Podobne zachowania odczytuję na blogu Andrzeja Celińskiego, który swego czasu był prominentnym politykiem, ale teraz mu się odechciewa. Wszyscy są "be", brzydcy, nie jest to Polska jego marzeń z 1989 roku. Cholera, nie jest. Ale jest o wiele lepsza niż w tym legendarnym roku. Czy Celiński codziennie wstaje lewą nogą - choć nie wiem, która w tej sytuacji jest dla niego felerna.

A dlaczego Celiński nie uderzy się w pierś i rzeknie: też moja culpa. Nawet gdyby to zrobił, to rzeczywistości nie zaklnie i to "se ne wrati". A może by razem tak mozolnie wziąć się do pracy i nie wyzywać "nawet w nocy" premiera na pojedynek słowny, bo nie na debatę.

Wszyscy budzą się z rękami w nocnikach i wszystkim się odechciewa. Nocnik raczej naczynie mało atrakcyjne dla ręki. A Dudzie nawet nie chciało się wejść na Komisję Dwustronną, aby stała się Trójstronną, bo on tylko z premierem. Odechciewa mu się "Dialogu", za to chce pikietować. Celiński też na blogu pikietuje własne osiągnięcia po 1989 roku.